Maria Przełomiec: Polsko-gruzińskie kontakty ostatnio wyraźnie się nasiliły. Po raz trzeci spotkał się z prezydentem Lechem Kaczyńskim. Jakie wspólne interesy mają
Polska i Gruzja?
Micheil Saakaszwili: Bardzo wiele nauczyliśmy się od Polski. Wiernie was naśladowaliśmy. Zresztą jeżeli ktokolwiek w Europie chciałby uczyć się dążenia do
celu wbrew wszelkim przeciwnościom, powinien wzorować się właśnie na Polsce. W naszej walce o wolność my tak właśnie robiliśmy. Dziś Polska stała się w Unii Europejskiej i NATO głosem
tych, którzy jeszcze dążą do całkowitej swobody. Poza tym Polskę i Gruzję łączą kwestie ekonomiczne i bezpieczeństwo energetyczne.
Gruzja zatem liczy na pomoc Polski w sprawie wejścia do NATO i UE.
Nie domagamy się w tej chwili głośno członkostwa w Unii Europejskiej. Jesteśmy świadomi, że takie żądania w wielu miejscach wzbudziłyby poważne obawy. Natomiast znacznie bardziej realne
jest członkostwo w NATO zarówno Gruzji, jak i Ukrainy. Polska mocno opowiada się po stronie państw aspirujących do Sojuszu Północnoatlantyckiego. Cieszymy się z tej
pomocy, chociaż o nią nie zabiegamy. Polska jest dla nas pod tym względem niesłychanie istotna. Nie tylko odgrywa sporą rolę w UE, popierając ideę rozszerzenia, ale jest ważna także ze
względu na swoją przeszłość i podobne do naszych doświadczenia. Przez wiele lat jechaliśmy niemal na tym samym wózku, wspólnie funkcjonując w sowieckim obozie.
Czy spodziewa się pan konkretów po jesiennym szczycie NATO w Rydze? Sytuacja na Ukrainie coraz bardziej się komplikuje.
Myślę, że w tej chwili panuje względna zgoda co do tego, że NATO powinno być obecne w naszej części świata. Sojusz potrzebuje Ukrainy, potrzebuje obecności na Kaukazie. Zarówno
przez wzgląd na wspólne wartości, które wszyscy wyznajemy, czyli przywiązanie do zasad demokratycznych. Ale także ze względu na inne uwarunkowania – chociażby
potrzebę uzyskania alternatywnych źródeł surowców energetycznych. Co do Ukrainy – sytuacja polityczna rzeczywiście nie jest tam w tej chwili łatwa. Ale proszę
zwrócić uwagę, że w ciągu ostatnich dwóch lat Ukraina stała się nieodwracalnie europejska. Występują pewne trudności, ale bez wątpienia Kijów nie
powróci już do autorytarnego reżimu w stylu radzieckim.
Myślę, że szczyt w Rydze przyniesie konkretne wyniki. Początkowo były sprzeciwy niektórych większych państw, ale mam wrażenie, że zostały one pokonane. Teraz potrzeba tylko
cierpliwości i konsekwencji w działaniu.
Wspomniał pan o bezpieczeństwie energetycznym regionu. Jesienią może dojść w Polsce do spotkania prezydentów Gruzji, Azerbejdżanu, Kazachstanu i Ukrainy w tej sprawie.
Jaka jest szansa, że prezydent Kazachstanu, kraju posiadającego bogate złoża ropy i gazu, wesprze państwa dążące do uniezależnienia się od rosyjskich dostaw surowców
energetycznych? Do tej pory prezydent Nursułtan Nazarbajew ściśle współpracował z Władimirem Putinem.
Istnieją realne interesy związane z kwestiami energetycznymi.
Europa zdaje sobie sprawę, że musi dysponować alternatywnymi źródłami surowców energetycznych. Przypomnijmy, jakie problemy miała w styczniu tego roku Ukraina. Podobnie
było siedem lat temu, gdy doszło do napięcia politycznego pomiędzy Gruzją a Rosją. Wówczas bardzo szybko odcięto nam dostawy paliwa. W środku zimy zostaliśmy na dwa tygodnie
pozbawieni gazu, gdyż Moskwie nie podobał się nasz stosunek do Czeczenii. Dopiero telefon prezydenta Clintona do świeżo wówczas wybranego prezydenta Putina spowodował
przywrócenie rosyjskich dostaw. Poza tym Rosja nie inwestuje w infrastrukturę wydobycia i przesyłania ropy oraz gazu. Moskwa uważa, że skoro odbiorcy i tak nie mają innych
źródeł dostaw, kosztowne inwestycje nie są konieczne. To może stwarzać dla odbiorców określone problemy. Zresztą kraje Azji centralnej, takie jak chociażby wspomniany
już Kazachstan czy Turkmenistan, też powinny mieć szansę na samodzielną sprzedaż swoich surowców. Tymczasem na razie dysponują tylko jedną linią przesyłową przez Rosję. Na
szczęście powstają kolejne rurociągi. Już funkcjonuje naftociąg Baku – Tbilisi – Ceyhan. Od pierwszego października zacznie działać gazociąg biegnący z Azerbejdżanu
przez Gruzję do Turcji. Tak więc pojawią się dodatkowe możliwości odbioru azerskich surowców energetycznych. Część z nich trafi do Europy i mam nadzieję, że Kazachstan też się
do tych przedsięwzięć dołączy.
Czy myśli pan, że Unia Europejska poprze te inicjatywy? Sprawa Gazociągu Północnego najlepiej dowodzi, że Moskwa jest w Brukseli chętniej słuchana niż Warszawa, Tbilisi
czy Kijów.
Trudno przesądzić. Wszystko zależy od tego, co się woli: zjeść jajko dzisiaj czy mieć kurczaka jutro. Niestety, człowiek desperacko potrzebujący jajek nie
myśli o kurczakach. Rozumiem więc ludzi, którzy się boją, ale też wiem, że nie powinni ulegać szantażowi. Tymczasem tłumaczy się im, żeby zadowolili się jajkiem i nawet nie
próbowali myśleć o kurczakach, bo to tylko stworzy kolejne problemy. Jednak kłopoty stają się wtedy większe, gdy ulega się szantażystom.
Nie twierdzę, że Bruksela poddaje się szantażowi. Wiem, że w Unii są ludzie zdający sobie sprawę z zagrożeń. Poza tym poszczególne państwa prowadzą własną politykę
energetyczną i analizują sytuację. Myślę, że specjaliści zarówno z poszczególnych krajów UE, jak i w instytucjach unijnych rozumieją niebezpieczeństwo i
potrafią na nie odpowiedzieć.
Od pewnego czasu niektórzy mówią o osi Warszawa – Kijów – Tbilisi – Baku. Czy to byt realny, czy tylko figura retoryczna
raczej szkodliwa niż pożyteczna, gdyż wzbudza silne sprzeciwy, irytację Rosji, a realnych korzyści przynajmniej na razie nie daje?
Nasze wzajemne relacje nie mają wyłącznie praktycznego podłoża. Opierają się na pewnych wspólnych wartościach i doświadczeniach. W swoich dążeniach niepodległościowych Ukraina
naśladowała przykład Gruzji, Gruzja z kolei brała przykład z Polski. Teraz nie możemy biernie czekać i przyglądać się, jak Unia Europejska wypracowuje europejską politykę w stosunku do
Europy Wschodniej. Musimy podejmować jakieś działania. Natomiast jeżeli idzie o irytację niektórych... Cóż, mogę tutaj przytoczyć moje doświadczenia z czasów
studiów na Ukrainie. Kiedy komuś się podpadło, czy to ze względu na zbytnią samodzielność myślenia, czy też np. za utrzymywanie kontaktów z cudzoziemcami, człowiek
trafiał na czarna listę KGB. Trafić na listę było bardzo łatwo, zostać z niej wykreślonym – praktycznie niemożliwe.
Rzecz jasna Gruzji zależy na dobrych stosunkach z Rosją, nie jesteśmy przecież szaleńcami. Ponadto łaczą nas różne sprawy: elementy wspólnej historii, ludność. Rosja
to wielki rynek, ośrodek finansowo- inwestycyjny, ale my chcemy być traktowani na równych prawach. Prezydent Putin odwiedzał niedawno miejsca różnych ruchów
wolnościowych. Składał kwiaty pod pomnikami upamiętniającymi wydarzenia 1956 r. na Węgrzech czy 1968 r. w Czechach. Miejmy nadzieję, że z czasem odwiedzi również muzea okupacji,
które zostały otwarte w Tbilisi i Rydze, a także to poświęcone Powstaniu Warszawskiemu, podczas którego zresztą Związek Radziecki odegrał istotną i niechlubną rolę.
Myślę, że jeżeli będziemy w swoich dążeniach konsekwentni, nasze starania o równoprawne traktowanie zostaną uwieńczone sukcesem.
Ostatnio w Gruzji doszło do niepokojących wydarzeń. Mam na myśli operację w Wąwozie Kodorskim, gdzie trzeba było siłą rozbroić miejscowych secesjonistów. Nieoficjalnie
mówi się, że są oni wspierani przez Rosję. Czy nie istnieje niebezpieczeństwo, że za swoje prozachodnie ciągoty Gruzja zapłaci oderwaniem części terytoriów –
Abchazji, Osetii Południowej?
Nie przeceniałbym wypadków w Wąwozie Kodorskim. To naprawdę malutkie terytorium i wszystko wskazuje na to, że miała tam miejsce prowokacja
służb specjalnych, której celem było udowodnienie, że Gruzja jest mało przewidywalnym krajem oraz że łatwo u nas zdestabilizować sytuację. Na nieszczęście dla zainteresowanych
cała historia trwała raptem 24 godziny. Szybko, stanowczo i praktycznie bez ofiar opanowaliśmy sytuację. Chociaż rosyjskie media relacjonowały ją tak, jakby to już był początek nowej wojny
na Kaukazie. Oczywiście mamy pewne problemy z Abchazją czy Osetią Południową. Ale nawet Unia
Europejska przyznała, że to nie są konflikty etniczne, tylko terytorialne, związane z tym, że te dwa obszary graniczą z Rosją. Tymczasem część Rosjan, takich jak np. mer Moskwy Jurij
Łużkow, oficjalnie mówi o konieczności oderwania ich od Gruzji. Ale myślę, że to wszystko jest kwestią czasu. Nie będziemy reagować na żadne prowokacje, spokojnie poczekamy.
Będziemy rozmawiać z prezydentem Putinem. Wspomnę, że podobny konflikt w Adżarii udało nam się zażegnać. Zresztą Gruzja naprawdę jest państwem coraz szybciej się rozwijającym. Rośnie
nasz dochód narodowy mimo wprowadzonego przez Moskwę embarga na eksport do Rosji niektórych gruzińskich artykułów spożywczych, w tym win i koniaków.
Zresztą nieoczekiwanym efektem tego embarga jest fakt, że w tym roku gros naszych win pójdzie na rynki europejskie.
Czyli jest pan spokojny o przyszłość Gruzji?
Mój kraj ma wspaniałą przyszłość i serdecznie zapraszam Polaków do odwiedzin. Jeżeli do nas przyjedziecie, zobaczycie, że słynna gruzińska gościnność pozostała
niezmienna, podobnie jak wino i jedzenie. Natomiast cała reszta jest dużo lepsza i nowocześniejsza.