"Nikt go nie brał poważnie. Do tego dochodził wygląd: niski, krępy, misiowaty, zawsze uśmiechnięty. No i bez munduru. Nie budził szacunku na pierwszy rzut oka" - przyznaje jeden z jego podwładnych. Od swojego przełożonego, ministra spraw wewnętrznych Ludwika Dorna, Bieńkowski dostał twarde polecenia: wyczyścić policję z byłych funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, podnieść poziom bezpieczeństwa, wysłać dwa razy więcej patroli na ulice. Pierwsze polecenie wykonał – z szeregów policji odeszło ponad 4 tys. ludzi. Nie przeszkadza to jednak Bieńkowskiemu mianować swoim pierwszym zastępcą byłego oficera milicji, który umacniał socjalizm w szeregach MO w pionie politycznym. Bieńkowski ma być wielkim reformatorem policji. Najbliższe miesiące pokażą, czy uda mu się naprawić polską policję, czy tylko to obiecuje – jak wtedy, gdy mówi, że „skończy z drogówką, czyli policją krzakową”.
Robert Zieliński, Jakub Stachowiak: Aż do dzisiaj uniknął pan poważnych wpadek. Nie przydarzyły się panu takie tragedie, jak w Magdalence czy pogoń za tygrysem zakończona
zastrzeleniem weterynarza. Dopiero teraz staje pan przed pierwszym prawdziwym kryzysem – w Chodlu policjant zastrzelił motocyklistę.
Marek Bieńkowski: Nie nazwałbym tego
kryzysem. Ze wstępnych ustaleń wynika bowiem, że policjanci dochowali wszystkich procedur, organizując blokadę i nie użyli pochopnie broni. Kiedy motocyklista pierwszy raz minął blokadę,
podjęli pościg i również wówczas nie strzelali. Broni użył funkcjonariusz, który – jak twierdzi – uczynił to dopiero wtedy, gdy motocyklista
drugi raz nie zatrzymał się na wezwanie i jechał wprost na policjanta, stwarzając zagrożenie dla jego życia i zdrowia. Gdyby to się potwierdziło, motocyklista przez sam fakt usiłowania
najechania na funkcjonariusza stał się niebezpiecznym przestępcą. Jeśli tak było, wówczas policjant miał prawo użyć broni.
Dlaczego patrol, który zatrzymywał tego motocyklistę, nie wiedział, jakim motocyklem uciekali bandyci, którzy wcześniej obrabowali
hurtownię?
Policjant strzelał dlatego, że motocyklista chciał na niego najechać. Nie może być tak w demokratycznym kraju, że w biały dzień młody człowiek, jadąc na
motocyklu, nie zatrzymuje się dwukrotnie na wezwanie umundurowanych funkcjonariuszy stojących przy oznakowanych radiowozach i jeszcze usiłuje najechać na policjanta. Jeśli się to potwierdzi, to
znaczy, że procedury użycia broni zostały zachowane.
Lata mijają, komendanci się zmieniają, a drogówka wciąż denerwuje kierowców: czają się w krzakach!
To prawda. W sobotę przejechałem 500 km po
Polsce i zauważyłem, że nie mamy systemu eliminującego samobójców na drogach. Polacy jeżdżą szybkimi autami po kiepskich drogach, na których czai się policja
krzakowa. To się zmieni w szybkim czasie. Chcemy, aby funkcjonariusze z drogówki pełnili swoją służbę w sposób bardziej dynamiczny, ale na to trzeba też
środków finansowych.
Kiedy dotrzyma pan obietnicy i będze dwa razy więcej policjantów na ulicach? Mówił o tym w listopadzie minister Ludwik Dorn.
Teraz mamy zatrudnionych
ok. 99 tys. policjantów na 103 tys. etatów. Od września porządkujemy służbę konwojową. Dzięki temu odzyskamy dla pracy na ulicach 900 policjantów. Rozmawiamy z
prezesami sądów, by wyłączyć z ochrony funkcjonariuszy policji - to kolejnych 600 policjantów dziennie.
To zaledwie 1500 osób.
Ucywilniamy policję - zgodnie z moją decyzją przesunęliśmy już ponad 1300 funkcjonariuszy z pionu logistyki do służby prewencyjnej. Liczę, że do końca pierwszego kwartału przyszłego roku
będzie to 1900 policjantów. Czyli razem z ochrony sądów, z uporządkowania konwojów, z przesunięcia z logistyki do prewencji oraz z zatrudnienia na wakujących
stanowiskach uzyskamy ponad 7 tys. policjantów.
Ale do policji nie garną się nowi ludzie. Czytają ogłoszenia: praca w policji – pensja 1100 zł, praca w myjni samochodowej – 1500. A na budowie w Londynie można
zarobić 6 tys. zł.
Stąd program modernizacji policji, ujęty w projekt ustawy, który ma przyciągnąć młodych ludzi do policji. Ale nie chcemy stracić
również doświadczonych policjantów. Dlatego projekt ustawy zakłada, że w ciągu trzech lat funkcjonariusze mogliby liczyć na podwyżkę o około 720 zł.
Czyli nie wszyscy dostaną po równo?
Absolutnie nie. Część pójdzie w czasowo przyznawany dodatek służbowy, a część w wynagrodzenie stałe.
Wszystko po to, aby dalej dławić przestępczość. W tym roku mamy spadek przestępczości kryminalnej o 11 proc. i zaufanie społeczne sięgające 70 proc.
To tyle, ile Kościół.
Jesteśmy wiarygodni, bo nie ściemniamy. Jeśli coś się dzieje dobrego - mówimy o tym, jeśli złego - tym bardziej. W ten
sposób unikamy sytuacji aferowych. Zobaczcie - jest problem z przetargami. Wchodzimy głębiej i widzimy - jest problem kryminalny. Co robimy? Ujawniamy, przekazujemy prokuraturze,
przedstawiamy opinii publicznej.
Te plany mają jedną słabość: brak pieniędzy choćby na nowe radiowozy, pensje.
Stąd ustawa o modernizacji. Po raz pierwszy program dotyczący poprawy bezpieczeństwa
ujęto w projekt ustawy gwarantującej środki na konkretne cele. Ciepło o ustawie wyrażają się prezydent i premier, to dlaczego ma tych pieniędzy nie być? Kto zaryzykuje zachwianie się stanu
bezpieczeństwa wewnętrznego?
W tym roku policję opuściło prawie 4,5 tys. osób.
Średnio każdego roku najczęściej do września odchodzi z policji około 4 – 4,5 tys. funkcjonariuszy. W miejsce odchodzących chcemy przyjąć tyle samo młodych ludzi. Kiedy
przychodziłem do policji, wyraźnie mówiłem, że będę chciał odmłodzić kadrę. Dość powiedzieć, że kiedy zostawałem komendantem, żaden z dyrektorów biur w KGP nie
zatrudnił się w policji po 1990 r. Wszyscy pochodzili z MO lub SB. Dziś żaden nie ma esbeckiej przeszłości.
Ale pański zastępca gen. Ryszard Siewierski ma bogatą przeszłość milicyjną, pracował kiedyś w pionie wychowawczym, umacniał socjalizm.
Pracował w milicji, tak samo
jak blisko 30 proc. osób zatrudnionych w policji. Każda moja decyzja kadrowa jest indywidualna, przeszłość pracownika jest tylko jedną z przesłanek, ale są i inne, w tym
najistotniejsze – ocena bieżącej pracy, osiągane w służbie wyniki. Chyba nikt nie kwestionuje spadku przestępczości w Warszawie, gdzie był komendantem.
Nie ma pan problemu z dobrymi policjantami odchodzącymi do Centralnego Biura Antykorupcyjnego?
W policji służy 100 tys. ludzi. Kilkudziesięciu, którzy wzmocnią CBA, nie jest dla nas problemem. Jestem żywo zainteresowany współpracą z nową służbą, a z drugiej
strony chcę podjąć szlachetną rywalizację (śmiech).
A nie będzie tak, że pan Kamiński przyjdzie do CBŚ, wybierze sobie sprawę korupcyjną, zabierze ją wam i ogłosi swój sukces?
Równie dobrze ja
mogę do niego przyjść i powiedzieć – ma pan fajną sprawę, połączmy siły. Ale powstanie CBA nie zwalnia nas od ścigania korupcji.
Naobiecywał pan, narobił apetytu, roztoczył piękne wizje dla policjantów i Polaków – ale jako kto? Komendant główny czy może szef BBN,
wiceminister spraw wewnętrznych, a może szef NIK? Plotek jest mnóstwo!
(długi śmiech) Mam z tym rzeczywiście problem, bo już nawet moja żona za tym nie nadąża
(śmiech). To nawet zabawne, gdy pyta: a kim ty dziś jesteś? A ja odpowiadam: mężem. Tym samym od 26 lat! A poważnie: chciałbym być człowiekiem, który modernizuje policję.
Przyszedłem tu po to, by nie administrować, tylko zmieniać.
I dlatego wysłał pan na ulice antyterrorystów, oficerów CBŚ, nawet orkiestrę?
Nie, nie, nie. Mówicie o pewnym incydencie z CBŚ w
Warszawie, gdzie oficerowie biura wyszli na patrole. Tak, to był zły pomysł. Rozumiem, że był to rodzaj środka dyscyplinującego. Ale antyterroryści na ulicy to co innego - zdania nie
zmieniam. Podobnie jest w Austrii, w Nowym Jorku. W dzielnice trudne posyła się takich ludzi. Zmienić tylko trzeba sposób jej pełnienia. I to już zrobiliśmy.
Skoro tak wielki akcent kładziecie na prewencję, łącznie z wysyłaniem na ulice elitarnych służb, to czy przy okazji nie kuleje wywiad kryminalny, praca operacyjna? Czy za kilka lat
nie okaże się, że zadowolone społeczeństwo z przerażeniem spostrzeże, że gdzieś od dawna działa w najlepsze drugi gang z Pruszkowa czy Wołomina?
Nie, skąd znowu! Gdyby tak
było, nie mielibyśmy spadku przestępstw kryminalnych o 11 proc. Poza tym doszliśmy do takiego etapu, że z marszu rozpoczynamy każdą akcję z Hiszpanami, Francuzami, Duńczykami, Amerykanami,
Rosjanami - choćby w środku nocy.
Niebawem w Polsce otwiera się biuro amerykańskiej agencji DEA walczącej z narkobiznesem. Nie denerwuje pana, że Edward Mazur, który miał zlecić zabójstwo pana
poprzednika, spokojnie siedzi sobie w Stanach Zjednoczonych, a Amerykanie tu przyjeżdżają, otwierają kolejne biura, proszą o pomoc?
Nie narzekajcie, oficerowie FBI bardzo nam
pomagają. John Bienkowski, oficer łącznikowy, bardzo pomógł nam przy zamknięciu strony neonazistowskiej „Red Watch”. A sprawa ekstradycji Mazura to kompetencje
Ministerstwa Sprawiedliwości, a nie policji i FBI. Wiem, że minister Ziobro energicznie działa w tej sprawie.
Jeśli modernizacja policji się nie uda, poda się pan do dymisji? Czy zostanie pan na tym fotelu jeszcze trzy lata, do czasu zakończenia programu?
Ten fotel ma coś z
fotela kosmicznego (śmiech). A rakiety mają to do siebie, że im płytki ceramiczne odpadają (śmiech). A jaki wpływ ma na to kosmonauta? Żaden!