Dziennik Gazeta Prawana logo

Polska potrzebuje długofalowej polityki historycznej

12 października 2007, 11:27
Ten tekst przeczytasz w 23 minuty
We wszystkich najważniejszych niemieckich dziennikach szeroko komentowana jest nowa wystawa zorganizowana przez Erikę Steinbach, zatytułowana „Wymuszone drogi. Ucieczka i wypędzenie w Europie XX wieku”. Nie tylko w Polsce stała się ona wydarzeniem. Niestety, krytyka działań pani Steinbach stanowi dziś w Niemczech margines debaty publicznej.

Większość niemieckich publicystów widzi w niej najczęściej swego rodzaju próbę generalną przed budową Centrum przeciw Wypędzeniom. I jeżeli ta próba się powiedzie a obecnie wiele na to wskazuje Erika Steinbach będzie mieć otwartą drogę do budowy Centrum. Najważniejszym argumentem na jej korzyść ma być to, że wystawa szeroko potraktowała ogólnoeuropejski problem „wypędzeń, nie skupiając się jedynie na wypędzeniu Niemców.

Wobec tego tryumfalnego powrotu idei Centrum przeciw Wypędzeniom nie mogą dziwić czy oburzać krytyczne głosy polskich władz, wypowiedź premiera Jarosława Kaczyńskiego na terenie obozu Stutthof czy rezygnacja Kazimierza Marcinkiewicza z wizyty w Niemczech. Ale tym razem polska opinia publiczna jest podzielona: odezwały się głosy krytykujące nie wystawę, lecz reakcję polskich władz.

Język emocji, język współczucia

Zasadniczą słabością wystawy jest fakt, że II wojna światowa rozpoczęta przez nazistowskie Niemcy oraz popełnione przez hitlerowców zbrodnie nie stanowią tu kontekstu „wypędzenia, nie są traktowane jako przyczyna późniejszych przesiedleń. Wypędzenia stają się samoistnym wydarzeniem, samoistną tragedią, a nie konsekwencją rozpętanej przez Niemców wojny.

Związek Wypędzonych zdołał wejść do mainstreamu niemieckiej debaty przede wszystkim dzięki rezygnacji z najbardziej radykalnych elementów swojej wcześniejszej retoryki: nie kwestionuje już wprost granic państwowych i unika argumentacji czysto narodowej, nacjonalistycznej czy rewanżystowskiej. Pani Steinbach bardzo zręcznie stara się generalizować problem wypędzeń, posługując się modną retoryką, grając na emocjach i apelując do odczuć moralnych. Mówi językiem zjednoczonej Europy, w której każda ludzka krzywda powinna być potępiona. Piętnuje czystki etniczne: rzeź i wypędzenia Ormian w Turcji, wysiedlania Polaków podczas II wojny światowej i po jej zakończeniu, etniczne konflikty na Bałkanach. Na tym tle zostaje przedstawiony dramat Niemców. Widać wtedy, że jest on największy i najtragiczniejszy. Staje się tragedią porównywalną tylko z Holocaustem. Los wypędzonych Niemców staje się tragedią w wymiarze ogólnoludzkim, pogwałceniem praw człowieka wołającym o zadośćuczynienie i sprawiedliwość.

Oczywiście Erika Steinbach i jej stronnicy zawsze podkreślają, że nie negują cierpień Polaków ani nie relatywizują zbrodni nazistów. Ale w niemieckiej debacie publicznej „naziści stają się tworem coraz bardziej abstrakcyjnym zdają się przybyszami z kosmosu, a kwestia wysiedleń Niemców jest konsekwentnie oddzielana od zbrodni II wojny. A ktoś, kto chce te sprawy łączyć, uznawany jest za wyznawcę błędnej i quasi-totalitarnej „odpowiedzialności zbiorowej. Co oczywiście nie znaczy, aby „wypędzający Polacy i Czesi ale już nie Rosjanie takiej odpowiedzialności nie ponosili.

Ta zmiana języka okazała się bardzo skuteczna: ideologia Związku Wypędzonych jest coraz powszechniej akceptowana. Pod tym względem w Niemczech dokonała się w ostatnich latach radykalna zmiana. Środowiska reprezentowane przez Erikę Steinbach zawsze istniały, ale ich poglądy ścierały się z poglądami silnych środowisk lewicowych, liberalnych, demokratycznych, akcentujących konieczność rozliczenia nazistowskiej przeszłości i pojednania z Polską i Czechami. Dziś sposób opowiadania przez „wypędzonych o II wojnie światowej został zaakceptowany przez większość sił politycznych i opinię publiczną w Niemczech. „Frankfurter Allgemeine Zeitung, która wystawie poświęciła w ostatnich dniach już co najmniej pięć obszernych artykułów, pochwala ten sposób myślenia, pisząc, że autorzy wystawy „nie porównują poszczególnych wydarzeń, „nie wystawiają rachunku i nie przeciwstawiają sobie poszczególnych zbrodni. Bardzo często w Niemczech pojawia się jednak także wyraźna nuta oskarżenia: myśmy już rozliczyli się ze swoją przeszłością, czas, by rozliczyli się ci, którzy krzywdzili nas.

W istocie jednak Niemcy nie wiedzą, czym była okupacja niemiecka w Polsce. Ukazują się wprawdzie świetne choć nieliczne prace niemieckich historyków na ten temat, ale wiedza ogólna jest minimalna. Do dziś niewielu Niemców odróżnia Powstanie Warszawskie od powstania w getcie; niemal nikt nie słyszał o mordzie na Woli, o rozstrzeliwaniach w Palmirach czy dzieciach Zamojszczyzny. Nie przypadkiem w Berlinie są dziś aż dwie wystawy o „wypędzeniach, ale nie ma ani jednego widocznego znaku przypominającego o zbrodniach popełnianych przez Niemców na Polakach. Rozpowszechniane jest także zupełnie fałszywe twierdzenie, że do tej pory nie można było w ogóle mówić o losie „wypędzonych. Przeczą temu same przedstawiane na tych wystawach eksponaty.

Czas na polski ruch

My, Polacy, nie negując cierpień, jakie łączą się z utratą stron ojczystych, musimy więc przypominać, że wysiedlanie Niemców było konsekwencją i końcowym aktem wywołanej przez nich zbrodniczej wojny. Porównywanie tych wysiedleń z innymi europejskimi czystkami etnicznymi jest niedopuszczalną próbą reinterpretacji historii. Ani Ormianie, ani Bośniacy, ani wysiedleni z Kraju Warty Polacy nie byli lojalnymi do końca obywatelami III Rzeszy, państwa masowego ludobójstwa. Warto pamiętać, że tereny wschodnich Niemiec były tymi, gdzie poparcie dla nazistów było wyjątkowo duże, w Prusach Wschodnich dochodziło do 70 proc. Gdyby mieszkańcy Prus Wschodnich, Śląska czy Pomorza przeciwstawili się nazizmowi, choćby w ostatniej fazie wojny, pewnie do dziś by tam mieszkali. Warto także pytać niemieckich krytyków decyzji zwycięskich mocarstw o wysiedleniu niemieckiej ludności, jaka była wówczas alternatywa. Trudno sobie wyobrazić, że pani Steinbach chciałaby spędzić swe życie w PRL.

W Polsce rozpowszechnione jest błędne przekonanie, że tylko działalność Eryki Steinbach przyczyniła się do ponownego pojawienia się na porządku dziennym problemu „wypędzenia. Tymczasem pamięć o utraconych prowincjach była i jest sumiennie pielęgnowana i wspierana przez państwo niemieckie. Nieprzypadkowo na otwarciu wystawy pojawiła się polityczna elita Niemiec. Istnieją liczne akademie, instytuty, ośrodki szkoleniowe należące do Związku Wypędzonych, ale utrzymywane przez państwo. Każda z utraconych prowincji ma swoje muzeum prowadzące działalność oświatową i wychowawczą. Każda też ma swego referenta utrzymywanego ze środków federalnych, koordynującego prace dotyczące pielęgnowania tradycji i kultury tych regionów. Niedawno otwarto Muzeum Śląska w Zgorzelcu (Görlitz), a w Gryfii (Greifswald) powstaje nowe Muzeum Pomorza. W Monastyrze (Münster) jest nawet Muzeum Prus Zachodnich, czyli ziem utraconych w 1918 roku. Związek Wypędzonych otrzymuje ogromne dotacje. Wydaje się wręcz, że jest sztucznie podtrzymywany przy życiu. Służy temu szeroka prawna definicja pojęcia „wypędzenia. W Polsce często pada pytanie, jak ktoś taki jak pani Steinbach, córka stajonującego w Rumi żołnierza Wehrmachtu, może uchodzić za „wypędzoną. Tymczasem pozwala na to nie tak dawno znowelizowane prawo. Co więcej, status „wypędzonego jest dziedziczny.

Polska nie starała się wpłynąć na zmianę niemieckiego stanowiska. Podobnie jak w innych drażliwych sprawach uprawiano strusią politykę. Kryzys w stosunkach polsko-niemieckich to również wynik tych zaniedbań. Pojedyncze emocjonalne gesty takie jak słusznie odwołana wizyta Kazimierza Marcinkiewicza w Berlinie to za mało. To, co się dzieje z niemiecką świadomością historyczną, jest efektem długofalowych, wieloletnich przemian. W Polsce również należy prowadzić własną systematyczną politykę, intensywne badania historyczne i starać się trwale oddziaływać na opinię publiczną w Niemczech, w Europie i USA.Tym bardziej że w pewnym sensie mamy do czynienia z problemem pokoleniowym: świadkowie umierają, młodsi skazani są na utrwalone przekazy, a to, co kilkadziesiąt lat temu wydawało się absurdem np. spór o to, czy obozy koncentracyjne były polskie, czy niemieckie dziś staje się faktem. Uczmy się zatem od zachodnich sasiadów, którzy nawet swoją trudną przeszłość uczynili atutem politycznym.

Musimy utrwalać pamięć i prawdę historyczną. Gdzie w Polsce można obejrzeć muzeum okupacji, polityki rasowej nazistów, wysiedleń Polaków, ich niewolniczej pracy w III Rzeszy? Gdzie można zapoznać się z rzetelnie zebraną dokumentacją i relacjami odchodzących już przecież świadków zbrodni hitlerowskich? Mamy pomniki, pod którymi można złożyć kwiaty, ale nie powstają nowe prawdziwie nowoczesne prace historyczne, które utrwalałyby prawdę o II wojnie światowej. A przecież dopiero teraz udostępnione zostały niektóre archiwa.

Dwa lata temu, kiedy Lech Kaczyński otworzył Muzeum Powstania Warszawskiego, niemieckie placówki dyplomatyczne dostały wytyczne, by już więcej nie mylić Powstania Warszawskiego z powstaniem w getcie. Być może gdyby powstało polskie Centrum Pamięci, gdybyśmy wcześniej sporządzili rejestr strat i zadbali o utrwalenie właściwego obrazu niemieckiej okupacji, gdybyśmy po 1989 roku prowadzili otwartą rozmowę z Niemcami, nie unikając spraw spornych, pamięć o „wypędzeniu nie stałaby się dzisiaj kością niezgody, a stosunki polsko-niemieckie były prawdziwie partnerskie.


Zdzisław Krasnodębski filozof i socjolog. Profesor uniwersytetu w Bremie i Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Ostatnio opublikował zbiór esejów „Drzemka rozsądnych. Współpracownik „Dziennika.





Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj