Większość niemieckich publicystów widzi w niej najczęściej swego rodzaju próbę generalną przed budową Centrum przeciw Wypędzeniom. I jeżeli ta próba się
powiedzie – a obecnie wiele na to wskazuje – Erika Steinbach będzie mieć otwartą drogę do budowy Centrum. Najważniejszym argumentem na jej korzyść ma być to, że wystawa
szeroko potraktowała ogólnoeuropejski problem „wypędzeń”, nie skupiając się jedynie na wypędzeniu Niemców.
Wobec tego tryumfalnego powrotu idei Centrum przeciw Wypędzeniom nie mogą dziwić czy oburzać krytyczne głosy polskich władz, wypowiedź premiera Jarosława Kaczyńskiego na terenie obozu
Stutthof czy rezygnacja Kazimierza Marcinkiewicza z wizyty w Niemczech. Ale tym razem polska opinia publiczna jest podzielona: odezwały się głosy krytykujące nie wystawę, lecz reakcję polskich
władz.
Język emocji, język współczucia
Zasadniczą słabością wystawy jest fakt, że II wojna światowa rozpoczęta przez nazistowskie Niemcy oraz popełnione przez hitlerowców zbrodnie nie stanowią tu kontekstu
„wypędzenia”, nie są traktowane jako przyczyna późniejszych przesiedleń. Wypędzenia stają się samoistnym wydarzeniem, samoistną tragedią, a nie konsekwencją
rozpętanej przez Niemców wojny.
Związek Wypędzonych zdołał wejść do mainstreamu niemieckiej debaty przede wszystkim dzięki rezygnacji z najbardziej radykalnych elementów swojej wcześniejszej retoryki: nie
kwestionuje już wprost granic państwowych i unika argumentacji czysto narodowej, nacjonalistycznej czy rewanżystowskiej. Pani Steinbach bardzo zręcznie stara się generalizować problem
wypędzeń, posługując się modną retoryką, grając na emocjach i apelując do odczuć moralnych. Mówi językiem zjednoczonej Europy, w której każda ludzka krzywda powinna
być potępiona. Piętnuje czystki etniczne: rzeź i wypędzenia Ormian w Turcji, wysiedlania Polaków podczas II wojny światowej i po jej zakończeniu, etniczne konflikty na Bałkanach.
Na tym tle zostaje przedstawiony dramat Niemców. Widać wtedy, że jest on największy i najtragiczniejszy. Staje się tragedią porównywalną tylko z Holocaustem. Los
wypędzonych Niemców staje się tragedią w wymiarze ogólnoludzkim, pogwałceniem praw człowieka wołającym o zadośćuczynienie i sprawiedliwość.
Oczywiście Erika Steinbach i jej stronnicy zawsze podkreślają, że nie negują cierpień Polaków ani nie relatywizują zbrodni nazistów. Ale w niemieckiej debacie publicznej
„naziści” stają się tworem coraz bardziej abstrakcyjnym – zdają się przybyszami z kosmosu, a kwestia wysiedleń Niemców jest konsekwentnie oddzielana od
zbrodni II wojny. A ktoś, kto chce te sprawy łączyć, uznawany jest za wyznawcę błędnej i quasi-totalitarnej „odpowiedzialności zbiorowej”. Co oczywiście nie znaczy, aby
„wypędzający” Polacy i Czesi – ale już nie Rosjanie – takiej odpowiedzialności nie ponosili.
Ta zmiana języka okazała się bardzo skuteczna: ideologia Związku Wypędzonych jest coraz powszechniej akceptowana. Pod tym względem w Niemczech dokonała się w ostatnich latach radykalna
zmiana. Środowiska reprezentowane przez Erikę Steinbach zawsze istniały, ale ich poglądy ścierały się z poglądami silnych środowisk lewicowych, liberalnych, demokratycznych, akcentujących
konieczność rozliczenia nazistowskiej przeszłości i pojednania z Polską i Czechami. Dziś sposób opowiadania przez „wypędzonych” o II wojnie światowej został
zaakceptowany przez większość sił politycznych i opinię publiczną w Niemczech. „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, która wystawie poświęciła w ostatnich dniach
już co najmniej pięć obszernych artykułów, pochwala ten sposób myślenia, pisząc, że autorzy wystawy „nie porównują”
poszczególnych wydarzeń, „nie wystawiają rachunku” i nie przeciwstawiają sobie poszczególnych zbrodni. Bardzo często w Niemczech pojawia się jednak
także wyraźna nuta oskarżenia: myśmy już rozliczyli się ze swoją przeszłością, czas, by rozliczyli się ci, którzy krzywdzili nas.
W istocie jednak Niemcy nie wiedzą, czym była okupacja niemiecka w Polsce. Ukazują się wprawdzie świetne – choć nieliczne – prace niemieckich historyków na ten
temat, ale wiedza ogólna jest minimalna. Do dziś niewielu Niemców odróżnia Powstanie Warszawskie od powstania w getcie; niemal nikt nie słyszał o mordzie na Woli,
o rozstrzeliwaniach w Palmirach czy dzieciach Zamojszczyzny. Nie przypadkiem w Berlinie są dziś aż dwie wystawy o „wypędzeniach”, ale nie ma ani jednego widocznego znaku
przypominającego o zbrodniach popełnianych przez Niemców na Polakach. Rozpowszechniane jest także zupełnie fałszywe twierdzenie, że do tej pory nie można było w ogóle
mówić o losie „wypędzonych”. Przeczą temu same przedstawiane na tych wystawach eksponaty.
Czas na polski ruch
My, Polacy, nie negując cierpień, jakie łączą się z utratą stron ojczystych, musimy więc przypominać, że wysiedlanie Niemców było konsekwencją i końcowym aktem wywołanej
przez nich zbrodniczej wojny. Porównywanie tych wysiedleń z innymi europejskimi czystkami etnicznymi jest niedopuszczalną próbą reinterpretacji historii. Ani Ormianie, ani
Bośniacy, ani wysiedleni z Kraju Warty Polacy nie byli lojalnymi do końca obywatelami III Rzeszy, państwa masowego ludobójstwa. Warto pamiętać, że tereny wschodnich Niemiec były
tymi, gdzie poparcie dla nazistów było wyjątkowo duże, w Prusach Wschodnich dochodziło do 70 proc. Gdyby mieszkańcy Prus Wschodnich, Śląska czy Pomorza przeciwstawili się
nazizmowi, choćby w ostatniej fazie wojny, pewnie do dziś by tam mieszkali. Warto także pytać niemieckich krytyków decyzji zwycięskich mocarstw o wysiedleniu niemieckiej ludności,
jaka była wówczas alternatywa. Trudno sobie wyobrazić, że pani Steinbach chciałaby spędzić swe życie w PRL.
W Polsce rozpowszechnione jest błędne przekonanie, że tylko działalność Eryki Steinbach przyczyniła się do ponownego pojawienia się na porządku dziennym problemu
„wypędzenia”. Tymczasem pamięć o utraconych prowincjach była i jest sumiennie pielęgnowana i wspierana przez państwo niemieckie. Nieprzypadkowo na otwarciu wystawy pojawiła
się polityczna elita Niemiec. Istnieją liczne akademie, instytuty, ośrodki szkoleniowe należące do Związku Wypędzonych, ale utrzymywane przez państwo. Każda z utraconych prowincji ma swoje
muzeum prowadzące działalność oświatową i wychowawczą. Każda też ma swego referenta utrzymywanego ze środków federalnych, koordynującego prace dotyczące pielęgnowania tradycji
i kultury tych regionów. Niedawno otwarto Muzeum Śląska w Zgorzelcu (Görlitz), a w Gryfii (Greifswald) powstaje nowe Muzeum Pomorza. W Monastyrze (Münster) jest nawet
Muzeum Prus Zachodnich, czyli ziem utraconych w 1918 roku. Związek Wypędzonych otrzymuje ogromne dotacje. Wydaje się wręcz, że jest sztucznie podtrzymywany przy życiu. Służy temu szeroka
prawna definicja pojęcia „wypędzenia”. W Polsce często pada pytanie, jak ktoś taki jak pani Steinbach, córka stajonującego w Rumi żołnierza Wehrmachtu, może
uchodzić za „wypędzoną”. Tymczasem pozwala na to nie tak dawno znowelizowane prawo. Co więcej, status „wypędzonego” jest dziedziczny.
Polska nie starała się wpłynąć na zmianę niemieckiego stanowiska. Podobnie jak w innych drażliwych sprawach uprawiano strusią politykę. Kryzys w stosunkach polsko-niemieckich to
również wynik tych zaniedbań. Pojedyncze emocjonalne gesty – takie jak słusznie odwołana wizyta Kazimierza Marcinkiewicza w Berlinie – to za mało. To, co się
dzieje z niemiecką świadomością historyczną, jest efektem długofalowych, wieloletnich przemian. W Polsce również należy prowadzić własną systematyczną politykę, intensywne
badania historyczne i starać się trwale oddziaływać na opinię publiczną w Niemczech, w Europie i USA.Tym bardziej że w pewnym sensie mamy do czynienia z problemem pokoleniowym: świadkowie
umierają, młodsi skazani są na utrwalone przekazy, a to, co kilkadziesiąt lat temu wydawało się absurdem – np. spór o to, czy obozy koncentracyjne były polskie, czy
niemieckie – dziś staje się faktem. Uczmy się zatem od zachodnich sasiadów, którzy nawet swoją trudną przeszłość uczynili atutem politycznym.
Musimy utrwalać pamięć i prawdę historyczną. Gdzie w Polsce można obejrzeć muzeum okupacji, polityki rasowej nazistów, wysiedleń Polaków, ich niewolniczej pracy w III
Rzeszy? Gdzie można zapoznać się z rzetelnie zebraną dokumentacją i relacjami odchodzących już przecież świadków zbrodni hitlerowskich? Mamy pomniki, pod którymi można
złożyć kwiaty, ale nie powstają nowe prawdziwie nowoczesne prace historyczne, które utrwalałyby prawdę o II wojnie światowej. A przecież dopiero teraz udostępnione zostały
niektóre archiwa.
Dwa lata temu, kiedy Lech Kaczyński otworzył Muzeum Powstania Warszawskiego, niemieckie placówki dyplomatyczne dostały wytyczne, by już więcej nie mylić Powstania Warszawskiego z
powstaniem w getcie. Być może gdyby powstało polskie Centrum Pamięci, gdybyśmy wcześniej sporządzili rejestr strat i zadbali o utrwalenie właściwego obrazu niemieckiej okupacji, gdybyśmy po
1989 roku prowadzili otwartą rozmowę z Niemcami, nie unikając spraw spornych, pamięć o „wypędzeniu” nie stałaby się dzisiaj kością niezgody, a stosunki polsko-niemieckie
były prawdziwie partnerskie.
Zdzisław Krasnodębski – filozof i socjolog. Profesor uniwersytetu w Bremie i Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Ostatnio opublikował zbiór esejów „Drzemka rozsądnych”. Współpracownik „Dziennika”.