Liderzy PiS pragną, by Polska – po raz pierwszy od 1939 roku – stała się aktywnym aktorem na scenie międzynarodowej i zaczęła kształtować niezależną politykę zagraniczną.
Polska polityka międzynarodowa nie ma ostatnio najlepszej prasy. Tymczasem bracia Kaczyńscy po dojściu do władzy chcą zmienić wizerunek i znaczenie swego kraju. Liderzy PiS pragną, by Polska – po raz pierwszy od 1939 roku – stała się aktywnym aktorem na scenie międzynarodowej i zaczęła kształtować niezależną politykę zagraniczną.
Warto zauważyć, że rok ’89 wcale nie zapoczątkował istotnej debaty na temat polskiej polityki zagranicznej. Jeden kierunek został po prostu zastąpiony przez inny. Wszystkie
działania Warszawy na arenie zagranicznej podporządkowane były wówczas jednemu celowi: integracji ze strukturami zachodnimi, w tym przede wszystkim NATO i Unią Europejską. Inne cele
uznano za drugorzędne. W Polsce toczyły się wprawdzie wówczas dyskusje na temat kierunków polityki międzynarodowej, ale tak naprawdę wszystkie partie polityczne
prezentowały w tym względzie jednolity front.
Ta sytuacja zaczęła się zmieniać dopiero po roku 2001, gdy Polska stała się już członkiem Sojuszu Północnoatlantyckiego i wszelkie oznaki wskazywały na to, że wkrótce
dołączy także do UE. Mniej więcej w tym okresie nad Irakiem zbierały się już czarne chmury; oznaki kryzysu można było dostrzec również w strukturach Unii Europejskiej. Polskie
władze zaczęły wówczas pracować nad bardziej niezależnym stanowiskiem. Zarówno podczas negocjacji członkowskich, jak i po 1 maja 2004 roku Polska usiłowała
zademonstrować, że ma pewne znaczenie, że warto się z nią liczyć, a nawet – że jest w stanie stać się źródłem kłopotów dla lekceważących ją
partnerów. Takie działania jako pierwszy podjął SLD, a szczególnie Leszek Miller, któremu grupa skrajnych eurosceptyków z Wielkiej Brytanii przyznała
nawet w 2003 roku nagrodę EUROSOC za nieugiętą postawę wobec eurobiurokratów i zademonstrowanie impotencji UE.
Gigant wagi koguciej
Polscy politycy zdają sobie naturalnie sprawę, że ze względu na słabość gospodarki, państwo polskie liczy się na scenie
europejskiej w umiarkowanym stopniu. Z drugiej jednak strony, Polska ma więcej ludności niż pozostałe dziewięć krajów, które wraz z nią wstąpiły do Unii 1 maja 2004
roku, razem wziętych. Siłą rzeczy Warszawa wyrasta zatem na lidera nowych członków ze wschodu Europy i staje się ich „twarzą”.
PiS, które przejęło władzę po SLD, kontynuuje politykę „obrony interesów narodowych”, bezkompromisowości, upierania się przy swoim stanowisku i
blokowania wszelkich rozwiązań, które nie odpowiadają mu w stu procentach. Do tej pory polityka ta przynosiła całkiem niezłe efekty: jednym z nich było wynegocjowanie bardzo
korzystnego dla Polski budżetu UE na lata 2007 – 2013. Polsce udało się bowiem wywalczyć w Unii status wyjątkowo pobłażliwie traktowanego enfant terrible. Warto sobie przypomnieć,
jak dotkliwym sankcjom poddana została Austria, gdy do austriackiego rządu weszli ministrowie z populistycznej Partii Wolności Jörga Haidera. Jeśli przypomnieć sobie ówczesne
reakcje, trzeba przyznać, że Unia na wybryki Warszawy patrzy przez palce. Parlament Europejski uchwalił wprawdzie rezolucję potępiającą homofobię w Polsce, ale zważywszy na to, iż
przedstawiciele wchodzącej w skład koalicji rządowej LPR odwołują się do skrajnych przedwojennych tradycji nacjonalistycznych, odbudowują bojówkarską organizację młodzieżową,
za jaką uznać wypada Młodzież Wszechpolską, a osoby pokroju Piotra Farfała zajmują ważne stanowiska państwowe, należało się spodziewać ostrzejszej reakcji. Europa Zachodnia ma jednak
najwyraźniej wyrzuty sumienia w stosunku do krajów położonych na wschodzie kontynetu i gnębi ją poczucie winy za ich losy, a zwłaszcza za swą bierność w walce z komunizmem. Nie
wygląda na to, by potrafiła w tej chwili wyrazić stanowczy sprzeciw, a tym bardziej, by zdobyła się na jakieś ostrzejsze kroki wobec Polski.
Liderzy PiS mają i to szczęście, że po faktycznym uśmierceniu Traktatu Konstytucyjnego przez Francuzów i Holendrów, właściwie nie mają czego psuć. Mogą ostro
krytykować Unię Europejską, nie proponując nic w zamian i nie ma to większego znaczenia, gdyż sama Bruksela także nie zgłosiła żadnej alternatywnej propozycji wobec traktatu konstytucyjnego
i szamocze się w poszukiwaniu spójnej wizji Europy. Przedłużono „okres refleksji” i w pewnym sensie zapanowała nawet koniunktura na krytykowanie Brukseli.
Pora na zwrot
Zarazem Kaczyńscy zaczynają sobie chyba zdawać sprawę, że trochę przeholowali i więcej tracą niż zyskują swoją konfrontacyjną postawą. Tym bardziej, że bicie w Unię jak w bęben daje
im coraz mniej w polityce wewnętrznej: poparcie polskich eurosceptyków i nacjonalistów uzyskali już i tak.
Do czasu przejęcia władzy w ostatnich wyborach parlamentarnych i prezydenckich bracia Kaczyńscy skupiali się na sprawach wewnętrznych. W polityce zagranicznej, poza wspomnianymi już elementami
szeroko rozumianego nastawienia eurosceptycznego, widać głównie ich proamerykanizm. Można jednak odnieść wrażenie, iż ostentacyjne popieranie Stanów Zjednoczonych wbrew
postawie większości pozostałych członków UE przeznaczone jest raczej na użytek europejskich partnerów. To jeszcze jeden element strategii: „Europa nie musi nas
lubić, ale musi się z nami liczyć”. Trudno bowiem wskazać jakieś inne – poza względami historyczno-sentymentalnymi – powody, dla których Kaczyńscy
upierają się przy niewiele im dającym sojuszu z Ameryką. Nie sposób, by nie dostrzegali oni, iż USA lekceważą Polskę. Zresztą – nie tylko ją. Pod rządami prezydenta
Busha Ameryka postawiła sobie zadanie pokazania, że jest najsilniejszym państwem na świecie i może robić, co jej się żywnie podoba bez oglądania się tak na potencjalnych
przeciwników, jak na potencjalnych aliantów. Amerykanie wcale nie zabiegają o sojuszników, którzy liczą, że coś przy okazji dla siebie ugrają.
Minęły już czasy „Planów Marshalla” i wynagradzania wiernych przyjaciół. USA, jeśli już wchodzą w jakieś sojusze, to budują je ad hoc, dla
załatwienia własnego interesu.
Wielu polskich polityków – nie można wykluczyć, że należą do nich również bracia Kaczyńscy – nadal łudzi się, iż Polska ma szansę zostać
strategicznym partnerem USA na podobieństwo Izraela. Na to się jednak wcale nie zanosi, z dwóch istotnych względów. Po pierwsze, pomimo zaostrzającej się ostatnio retoryki,
stosunki amerykańsko-rosyjskie nadal układają się dobrze. Autorytarne państwo rosyjskie jest cieniem potęgi militarnej z okresu zimnej wojny, stawia sobie zupełnie inne cele niż w okresie
ZSRR i nie stanowi zagrożenia dla USA. Z amerykańskiego punktu widzenia Polska nie ma zatem istotnego znaczenia geopolitycznego. Wspomina się wprawdzie o stworzeniu w Polsce elementów
amerykańskiej tarczy rakietowej, ale korzyści z niej wypływające są dla Polski co najmniej wątpliwe, tym bardziej że powstałyby razem z amerykańską bazą wojskową, co w innych krajach
sprzyjało przede wszystkim narastaniu postaw antyamerykańskich.
Po drugie w Waszyngtonie często słyszy się, że Polacy i tak będą popierać USA, więc nie warto im nic oferować. Nie da się zresztą ukryć, że mimo bezkrytycznego popierania USA przez
kolejne polskie rządy, Polakom nie udało się uzyskać kontraktów na odbudowę Iraku. Ta odbudowa co prawda nie zmienia specjalnie sytuacji Irakijczyków, można by nawet
zastanawiać się, czy nie jest to wznoszenie kolejnych „wiosek potiomkinowskich”, pozwala jednak dobrze zarobić firmom tam zaangażowanym. Warszawie nie udało się nawet
załatwić zniesienia amerykańskich wiz wjazdowych dla swych obywateli, którzy liczyć mogą raczej na naciski ze strony Unii Europejskiej niż na przychylność amerykańskich
„dobrodziejów”. Jak na razie nic nie wskazuje na to, by bracia Kaczyńscy uzyskali coś więcej w tych i innych istotnych dla Polski sprawach.
Polska jest zatem skazana na zacieśnienie współpracy z Europą – a skoro tak, nie jest wykluczone, że w ciągu najbliższych lat, zwłaszcza zaś w sytuacji, gdy Kaczyńskim
uda się wygrać kolejne wybory i ugruntować swą władzę, zrezygnują oni z postawy konfrontacyjnej i dokonają proeuropejskiego zwrotu w polityce zagranicznej. Nie będą wówczas
zresztą stanowić wyjątku. Wystarczy przypomnieć sobie przełom, jakiego dokonał prezydent Ronald Reagan w polityce wobec ZSRR. Po pierwszym zwycięstwie w wyborach prezydenckich Reagan
prezentował się jako wojowniczy antykomunista i nie chciał iść na żadne negocjacje czy kompromisy z Imperium Zła. Natomiast od samego początku drugiej kadencji podkreślał, że można i
należy współpracować z Gorbaczowem. Podczas szczytu w Rejkiawiku zaproponował zniszczenie wszystkich ofensywnych rakiet balistycznych – był to krok, o jakim nie marzyli
wówczas nawet skrajni liberałowie.
Kaczyńskich stać na podobne posunięcie. Biorąc pod uwagę nie najlepszą opinię o Polsce w Europie, będą startować z niskiego poziomu, ale w polityce przywilejem
przywódców jest zmiana swego wizerunku niemal z dnia na dzień. Jeśli zaczną wykonywać koncyliacyjne gesty, jeździć do krajów europejskich z przesłaniem, iż
Polska walczyła wprawdzie o uznanie i szacunek Europy, ale teraz pragnie działać razem z partnerami z UE, to mają wszelkie szanse na sukces.
David Ost
David Ost, amerykański politolog specjalizujący się w tematyce Europy Środkowo-Wschodniej oraz ruchów robotniczych, wykładowca Hobart i William Smith Colleges. Znawca Polski, autor
licznych prac na temat opozycji w krajach komunistycznych, a zwłaszcza w Polsce, jak „Solidarity and the politics of anti-politics: opposition and reform in Poland since 1968”.
Tłumacz i przyjaciel Adama Michnika. Jego najnowsza książka „Klęska Solidarności: gniew i polityka w pokomunistycznej Europie” ukaże się w przyszłym roku nakładem
wydawnictwa Muza. Publikuje m.in. w „The Nation”, „The New York Times” i „Chicago Tribune”