Po drugie dlatego, że żadne gry operacyjne SB nie dadzą podstawy do stwierdzenia, że była grubymi nićmi szytą prowokacją. To, co jest naprawdę groźne, to uczynienie z
„Solidarności” martwej karty naszej historii, a z jej bohaterów – wyblakłych, wyretuszowanych postaci.
Bohaterstwo bowiem nie polega na tym, że liderzy opozycji byli ludźmi bez skazy, wolnymi od emocji, wad czy osobistych ambicji. Podziwiamy ich odwagę, bezkompromisowość, pomysłowość w walce z
uzbrojonym po zęby systemem. To, co wiemy skądinąd - i bez ubeckich teczek - o ludziach takich, jak Wałęsa czy Kuroń, Frasyniuk czy Macierewicz - nie pozwala nam i tak uwierzyć w ich anielskie
przymioty. To, co wiemy o historii „Solidarności”, nie powstrzymuje nas od tego, by chcieć wiedzieć więcej, by chcieć zrozumieć mechanizmy działania, poznać wewnętrzne
konflikty, zrozumieć źródła sukcesów i porażek. A historia polityczna dotycząca wydarzeń sprzed dwudziestu lat musi budzić emocje i żarliwe dyskusje. Nienormalne było
to, że takich dyskusji w Polsce po roku 1989 po stronie opozycji nie było. Spierano się o stan wojenny i Wojciecha Jaruzelskiego, o możliwość interwencji sowieckiej i honor Czesława Kiszczaka.
„Solidarność” i demokratyczna opozycja nie była przedmiotem ani sporu, ani nawet szerszego zainteresowania.
Nawet zeszłoroczne obchody 25-lecia związku przebiegały w atmosferze ekumenicznej zgody wszystkich ze wszystkimi. Pojawiły się wprawdzie cenne publikacje historyczne, ale nie rozpoczęła się
żadna istotna dyskusja, choć spraw spornych w dziejach „Solidarności” było dostatecznie dużo, by angażowały emocje historyków i uczestników zdarzeń.
Sprawy do dyskusji to choćby kwestia porozumienia warszawskiego z wiosny 1981 r. czy krytyczne opinie radykalnej opozycji na temat linii prymasa Glempa. To kwestie rywalizacji w łonie opozycji i
narzędzi tej rywalizacji, nie zawsze potwierdzających mit „niepodzielnej Solidarności”.
Granice dobrego smaku
Z własnego, skromnego doświadczenia pamiętam choćby konflikty dotyczące kolportażu na terenie Warszawy prasy o orientacji innej niż wyrażana przez
kierownictwo RKW Mazowsze. Pamiętam ostracyzm wobec ówczesnych środowisk prawicowych - „Polityki Polskiej”, „Głosu” czy liberałów -
które ośmielały się mieć inne zdanie niż związkowa lewica. Nie były to zjawiska chwalebne, ale też nie zniszczyły przekonania o sensie walki z ówczesnym systemem.
Wydaje się, że nieuwikłani w ówczesne spory historycy znajdą sporo materiałów - nie tylko w archiwach IPN - które uporządkują naszą wiedzę na ten temat i
odbiorą jej nieuchronne piętno subiektywizmu.
Nie sądzę, by spór o postawy największych nawet bohaterów przynosił im jakąkolwiek ujmę. Przeciwnie - Jacek Kuroń i Zbigniew Herbert są postaciami, które nie
zasługują na to, by zredukować je do roli symbolu czy - jak to się dziś modnie mówi - ikony. Jest jasne, że w obu przypadkach nie może być mowy o współpracy z SB. Jest
jasne, że oba te przypadki nie relatywizują też świadomego i otwartego donosicielstwa innych osób z opozycji. Reakcja przyjaciół Kuronia i Herberta jest jednoznaczna i
zrozumiała. Z jednym zastrzeżeniem - jakkolwiek warto dyskutować na temat interpretacji źródeł, to z głupiego użytku, jaki czynią z nich niektórzy dziennikarze czy
historycy, nie wolno czynić argumentu na rzecz zamknięcia archiwów.
Historia pisana nigdy nie była bowiem wolna od błędów i fałszywych interpretacji. Co więcej, wiele istotnych kwestii pozostaje spornych mimo dziesięcioletnich wojen na argumenty.
Kwestie szczególnie żywe w takich dyskusjach budzą zresztą nierzadko emocje i podsuwają uczestnikom debat mało merytoryczne argumenty. Jednak warto dbać o to, by nie przekraczać
także w polskiej debacie historyczno-politycznej granic zdrowego rozsądku i dobrego smaku.
Wypominanie historykom z IPN czy posłom pracującym nad ustawą lustracyjną, a zwłaszcza mówienie o „gówniarzach” czy „gnojkach” jest
nie tylko argumentem nie fair. Jest niesprawiedliwe także dlatego, że historycy i politycy starszego pokolenia zrobili niezwykle mało, by doprowadzić do lustracji, rozstrzygnąć - jak to ma
miejsce w innych krajach - sprawy odpowiedzialności za komunistyczne bezprawie, a wreszcie przedstawić społeczeństwu możliwie rzetelną wizję historii ostatniego ćwierćwiecza. Nie dostaliśmy
do rąk ani przenikliwych analiz polityki prowadzonej przez różne ośrodki dawnej opozycji, ani nawet pasjonujących wspomnień i relacji. Historycy IPN nie buntują się przeciwko
obrazowi „Solidarności” istniejącemu w historiografii starszego pokolenia. Oni wypełniają kompletną pustkę - nic zatem dziwnego, że nie weryfikują swych ustaleń ze
stanowiskiem już istniejącym.
Istota dezinformacji
Być może warto rozpocząć rzeczową polemikę z niesprawiedliwie wsadzanymi do jednego worka „historykami IPN” - pokazując popełnione błędy, korygując nieprawidłowo
przedstawiony kontekst zdarzeń. Może warto konfrontować ze sobą prace dobre warsztatowo i nierzetelne. Z czasem będzie jasne - tak jak w przypadkach innych sporów historycznych - że
jedne opracowania są niezbędne, a inne - praktycznie bezwartościowe. Jednak polemiki pokoleniowe, w których starsi zachowują się tak, jakby przysługiwał im przywilej
niedojrzałości i braku wychowania, prowadzą nas donikąd.
Zwłaszcza że w minionych latach niezwykle rzadko reagowano na stereotypy odbierające „Solidarności” i szerzej - opozycji demokratycznej - właściwy sens działania. Można
powiedzieć, że pominięto milczeniem szkody, jakie legendzie „Solidarności” wyrządziły stereotypy upowszechniane w początku lat 90. Istota dezinformacji - zajmująco przed
laty zrekonstruowana przez Vladimira Volkoffa - polega bowiem nie tyle na wprowadzeniu opinii publicznej w błąd w tej czy innej sprawie, lecz na trwałym kształtowaniu błędnych wyobrażeń, a
nierzadko także - na dążeniu do trwałej dezintegracji społecznej. Dezinformacja taka nie jest przy tym dziełem żadnego wielkiego spisku obejmującego rzesze agentów wpływu.
Odwołuje się ona raczej do mechanizmu rezonansu medialnego, który polega na replikowaniu pewnego stereotypu. W walce z legendą „Solidarności” takim słownym
stereotypem było pojęcie styropianu. Tak jakby legitymacja ruchu i jego liderów miała źródło w nie do końca udanych strajkach 1988 r.
Przyznam szczerze, że nie pamiętam wielkich kampanii publicystycznych przeciwko takiemu nadużyciu ani nawet wezwań, by nie używać tego mylącego słowa. Stereotyp ten był tak silnie obecny w
mediach i mowie potocznej, że używali go nawet sami dawni opozycjoniści. Mimo to zaszkodził legendzie związku tylko w wymiarze krótkotrwałym, tak jak krótkotrwały był
efekt przepraszania za „Solidarność” czy rehabilitowania oprawców opozycji.
Chór cenzorów rzednie
Dzisiejsza dezinformacja obliczona jest na dwa skutki: doraźny, związany z pracami legislacyjnymi i drugi - poważniejszy, jakim jest relatywizacja faktu współpracy z SB. Publikacje na
temat Herberta czy Kuronia mogą mieć taki właśnie skutek: dać alibi tym, którzy rozmawiając z SB, przekazywali jej „jakieś” wiadomości. Podobnie ze sprawą Zyty
Gilowskiej - jej przypadek będzie używany jako narzędzie relatywizacji, na które powołać się może każdy TW, twierdząc, iż był nieświadomy rejestracji i współpracy.
Wszystkie trzy przypadki domagają się zatem jasnego stanowiska - powtarzanego zresztą jak mantra przez Antoniego Dudka i innych historyków z IPN - dotyczącego tego, pod jakimi
warunkami można uznać fakt czyjejś współpracy ze służbami specjalnymi PRL. Nawiązując do stanowczego głosu podkreślającego, że rozmowy Kuronia i Herberta z SB nie mają nic
wspólnego z faktem współpracy, stawia się wyraźny opór dezinformacyjnemu szumowi. W tym sensie warto analizować z jednej strony materiał historyczny, stanowiący
przyczynek do dziejów opozycji, uchylając równocześnie niebezpieczne, doraźne dywagacje na temat granic współpracy.
Obecna dyskusja jest nadrabianiem ogromnego, kilkunastoletniego opóźnienia. Jest przedstawianiem opinii publicznej zagadnień, z którymi powinna być ona oswojona od dawna.
Jest gromadzeniem danych, które mogą posłużyć za punkt wyjścia do dyskusji o najnowszej historii. Jest formułowaniem nowych punktów widzenia, niepokrywających się na
szczęście z podziałami politycznymi i ideowymi. Ponieważ chodzi o sprawy naprawdę ważne - nie obyło się i nie obędzie bez wpadek, pomyłek, czy nawet ordynarnych manipulacji. Warto jednak
powstrzymać się od nerwowych reakcji czy histerycznych gestów. Zwłaszcza że chór cenzorów i politycznych poprawnisiów rzednie i traci argumenty. Straci
je zupełnie, gdy okaże się, że historyczna prawda nie obala bohaterów opozycji i nie szkodzi dobremu imieniu „Solidarności”. Gdy historia ostatnich lat odzyska
właściwe jej wymiary i barwy i nie da się sprowadzić do wymiaru rocznicowych akademii.