"Polska polityka pozostaje anachroniczna, zamiast systemu partyjnego - walka silnych osobowości. A jednym z kryteriów oceny siły instytucjonalnej partii jest jej zdolność do zmiany przywództwa" - pisze w DZIENNIKU politolog Rafał Matyja.
Wraz z opadnięciem bitewnego pyłu kampanii wyborczej polityka wróci znów na niewielką scenę, do sztuki, w której obsadzono kilku zaledwie aktorów. W polskiej
polityce nie uczestniczą bowiem partie jako silne, zinstytucjonalizowane podmioty, lecz jako pozostające w wyłącznej dyspozycji liderów szyldy. Gra między czterema – pięcioma
aktorami utrudnia zaś dokonanie koniecznych z perspektywy minionego roku przewartościowań.
Wygodniej i bezpieczniej będzie się trzymać dotychczasowych ról, ciągnąć w nieskończoność opowieści, które znudziły się chyba nawet samym narratorom. Rzecz nawet nie w tym, że taka polityka jest nieciekawa. Pozostaje jednak całkowicie niezdolna do weryfikacji innej niż wyborcza. Nie tworzy przestrzeni do debaty innej niż między rządem a opozycją. Eliminuje możliwość korekty innej niż odgórna.
Demokracja taka przypomina grę komputerową obliczoną na kilka osób. Ich siła wyraża się w liczbie głosów, którymi dysponują w parlamencie, a ich zachowania mierzone są wahaniami sondażowego poparcia. Czynnik ludzki, jakim mogliby być znaczący politycy ich partii, opinie partyjnych struktur, wnioski z prowadzonej wewnątrz ugrupowań debaty są tu pomijane lub traktowane jako zaburzenie reguł, jako komputerowy wirus, który powinien zostać możliwie szybko wyeliminowany.
Sztuka wymiany liderów
Niech nie zwodzi nas przy tym to, co stało się w ostatnich tygodniach. Rywalizacja wyborcza – zwłaszcza samorządowa – jest okresem największej mobilizacji partii politycznych jako instytucji. Co więcej, właśnie w wyborach lokalnych można dostać premię nie tyle za marketingową zręczność, ile za organizacyjny potencjał. Tu zresztą tkwiło źródło przewagi dobrze zorganizowanych struktur PSL nad słabszymi w wymiarze lokalnym Samoobroną i LPR.
Jednak w codziennej polityce partie jako instytucje nie są rzeczywistymi podmiotami. Uczestniczą w niej jako medialne szyldy, a rzeczywistymi aktorami są jedynie ich liderzy. Nawet członkowie zarządów krajowych tych partii nie ośmielą się wyrazić swego zdania bez jasnych instrukcji przywódcy. Im bardziej gra polityczna przypomina – jak to było w minionym roku – skomplikowane manewry słowno-personalne, tym szersze są wyłączne kompetencje lidera, tym mniejsza podmiotowość pozostałych struktur i polityków.
Jednym z kryteriów oceny siły instytucjonalnej partii jest jej zdolność do dokonania zmiany przywództwa, gdy wymaga tego interes (a zwykle po prostu odbudowa popularności) ugrupowania. Tymczasem w polskich partiach nie rozlicza się nawet tych liderów, którzy doprowadzili je do katastrofy. Nie zmienia się niepopularnych przywódców, nawet wtedy, gdy partie tracą więcej niż połowę sondażowego poparcia. Marian Krzaklewski i Leszek Miller gotowi byli za cenę zachowania kontroli nad partią stracić znacznie więcej niż połowę głosów. W tym drugim wypadku zresztą tylko silna i niezależna w sensie instytucjonalnym pozycja Aleksandra Kwaśniewskiego pomogła pozbawić Millera władzy i uratować istnienie SLD.
Ciekawym przypadkiem koncentracji władzy w rękach lidera jest tworzona zrazu przez trzech polityków Platforma Obywatelska. Pięć lat po jej powstaniu nie ma w jej szeregach nie tylko Olechowskiego i Płażyńskiego, nie ma też Halla i Balazsa, nie ma Gilowskiej, a pozycja Rokity wydaje się zagrożona mimo faktu, że polityk ten nie ma realnych szans na odebranie przywództwa Tuskowi. Jedyne, co może uczynić, to ograniczyć jego bezwzględną swobodę ruchów, na przykład utrudniając zawieranie regionalnych koalicji z lewicą. I to – jak się zdaje – wystarczy, by skazać Rokitę na marginalizację w obrębie partii. Sposób, w jaki Tusk rządzi Platformą, nie polega bowiem na przyciąganiu do tej partii silnych osobowości, ale przeciwnie – na eliminowaniu ich z szeregów coraz bardziej własnego ugrupowania.
Proces instytucjonalizacji partii został przy tym w Polsce zablokowany nie tyle przez „zły charakter” tego czy innego lidera. Zjawisko koncentracji władzy następuje dziś w porównywalnym stopniu w LPR i PiS, w Platformie i Samoobronie. Występowało też w SLD pod rządami Millera.
Uruchomienie procesu przeciwnego wymaga zatem nie tyle „naprawy charakterów” Giertycha i Leppera, czy Tuska i Kaczyńskiego, ale stworzenia innych rozwiązań instytucjonalnych. Jak uczy życie – rozwiązań raczej wywalczonych przez polityków niższego szczebla w tych partiach niż reform wprowadzonych przez racjonalnego władcę absolutnego. Problem polega na tym, że w Polsce nikt prawie nie „kibicuje” tego typu procesom. Sposób, w jaki rozmawiamy o naszych problemach politycznych, jest nadal naiwny i związany z rozstrzyganiem napięć towarzysko-personalnych. W niewielkim stopniu uznaje się bowiem, że za siłą demokratycznej polityki stoją dobrze zorganizowane instytucje.
Dzisiejsze partie wnoszą ze sobą do życia publicznego niewiele dobrego, bo są organizacjami politycznego klientelizmu, w którym lider patron oferuje w zamian za poparcie w miarę konkretne dobra. Polskie partie skupiają nie sympatyków, zainteresowanych sukcesem programowym, ale kandydatów na stanowiska, które partia może rozdawać po dojściu do władzy. Taka formuła sprawia, że zostaje skompromitowany nie tylko ten czy inny partyjny szyld, ale życie polityczne jako takie.
Po co Polakom partie?
Jeżeli nie istnieje silna organizacja partyjna, muszą istnieć inne instytucje, które są w stanie przygotować polityków opozycyjnych do sprawowania władzy. Instytucje, które przez lata pozostawania w opozycji zbierają informacje na temat działań poszczególnych resortów, tworzą alternatywne koncepcje rządzenia. Instytucje, które selekcjonują kandydatów na najwyższe stanowiska państwowe, tak by świeżo upieczony premier miał rzeczywistą możliwość doboru kompetentnych współpracowników.
Trzeba oczywiście przyznać, że kilku ministrów obecnego rządu – Dorn, Ujazdowski, Ziobro – to ludzie, którzy przygotowywali się „indywidualnie” do pełnienia swoich funkcji. Kilku następnych to eksperci, którym powierzono funkcję ministrów. Niewiele jednak wskazuje na to, by gabinet cieni PiS w poprzedniej kadencji był kompletny. Wiele postulatów zgłaszanych przez opozycyjny klub parlamentarny tej partii gdzieś się w obecnej rozmyło, nie znajdując silnych i kompetentnych promotorów.
Partie polityczne nie są bowiem jedynie „maszynką wyborczą” – choć ewolucja polityki, mająca miejsce także w dojrzałych demokracjach, sprzyja wzmacnianiu tej funkcji. Powinny jednak być zdolne do tworzenia programu i kadry zdolnej do przenoszenia go na politykę państwa. Powinny też być mechanizmem komunikacji, czy też „wczesnego ostrzegania” o zagrożeniach związanych z obecną polityką.
Podmiotowość partii jest tymczasem wygaszana – jako potencjalnie najpoważniejsze zagrożenie dla liderów. Uniemożliwia to im pełnienie wielu właściwych im funkcji. Nic dziwnego więc, że polityka partyjna przypomina surfowanie na medialnych falach, wrzucanie nowych pomysłów, które pozwalają przetrzymać partyjne zjazdy (przypomnijmy choćby zapowiedzi budowy ruchu obywatelskiego, zgłaszane przez Donalda Tuska), a potem wytrwałą walkę pozycyjną o utrzymanie możliwie silnej kontroli nad własnymi szeregami. Ryzyko utraty władzy w partii jest uznawane za poważniejsze od strat, do jakich prowadzi próba utrzymania pełnej kontroli i eliminacji każdego głosu krytyki. Być może wpływają na to złe doświadczenia z lat 1991 – 2001. Jednak alternatywną możliwością wobec obecnego stanu rzeczy nie musi indywidualistyczny karnawał na wzór Sejmu pierwszych trzech kadencji, w których głosowanie zgodne z linią ugrupowania nie należało do akceptowanych powszechnie reguł, a liczba rozłamów klubowych była tak duża, że nie nadążali za nimi nawet wytrawni sejmowi komentatorzy.
Od pięciu lat – od początku czwartej kadencji Sejmu – mamy do czynienia ze względnie przewidywalnym głosowaniem poszczególnych klubów. Ta dyscyplina nie jest jednak związana z wielowymiarową instytucjonalizacją partii, ale z omówionym wyżej zjawiskiem skupienia władzy w rękach lidera oraz utrudnionym – także wskutek mechanizmu budżetowego wspierania ugrupowań – wejściem do Sejmu nowych podmiotów.
Piąta kadencja jest pierwszą w historii Trzeciej Rzeczypospolitej, w której powtórzył się zestaw partii uczestniczących w podziale mandatów. Ugrupowania, które przekroczyły próg wyborczy w roku 2001, powtórzyły to cztery lata później. Ta okoliczność obniża ryzyko związane z dopuszczeniem do większej ich podmiotowości. Paradoksalnie, owa większa podmiotowość, a co za tym idzie wrażliwość na zewnętrzne bodźce i zdolność do korekty postępowania może uratować życie przynajmniej tym partiom, które są dziś u władzy.
Czas przewartościowań
Moment, w jakim znalazła się polska polityka po wyborach samorządowych, sprzyja bowiem istotnym przewartościowaniom. Skłania do nich zarówno potrzeba wypracowania formuły koalicji regionalnych, jak też ustalenia politycznej agendy roku 2007. Przewartościowania te mogłyby wyjść na dobre polskiej polityce zagranicznej – po raz pierwszy tak ostro kontestowanej przez opozycję – i służyłyby odbudowie zaufania do instytucji demokratycznych.
Po raz pierwszy od roku główni aktorzy polityczni uzyskują pewne pole manewru. Jarosław Kaczyński, odbudowując koalicję z Samoobroną, uzyskał szansę na dokończenie zmian w służbach specjalnych, prokuraturze i policji, szansę wpływu na skład TK i decyzji w sprawie nowego prezesa NBP. Udało mu się – nie bez trudu – doprowadzić do względnej równowagi medialnej, dzięki czemu Prawo i Sprawiedliwość nie musi być dziś kolejną ofiarą do pożarcia przez nieprzyjazne mu media. Tego wszystkiego zapewne nie uzyskałby, zawiązując koalicję z Platformą jako względnie równorzędnym i wymagającym ustępstw partnerem.
Jednak odtworzenie układu parlamentarnego w województwach oznacza, że PiS straci wpływ na bardzo istotny społecznie proces „stymulowania rozwoju”. Co więcej, agenda ustawodawcza i reformatorska na następny rok nie może być repliką tegorocznej. Wraz z uchwaleniem zmian w ustawie lustracyjnej i odtajnieniem raportu o działalności WSI zakończy się bowiem pierwszy okres zmian. Utrzymanie politycznej inicjatywy wymaga przedstawienia pomysłu na następne działania.
W podobnej sytuacji jest Donald Tusk, który musiał w jakiś sposób zatrzeć fatalne wspomnienie zeszłorocznej porażki. Nie tylko wyborczej, ale także – jak się okazało – negocjacyjnej. Rachuba, że rządy PiS zakończą się szybką katastrofą i przyniosą liberałom zwycięstwo wyborcze, okazała się jałowa. Z drugiej strony to, że wynik samorządowy daje się „sprzedać” jako zwycięstwo Platformy, nie oznacza, że droga do sukcesu parlamentarnego jest prosta, a tym bardziej – krótka.
Tusk musi liczyć się z tym, że koalicjanci PiS zrezygnują z działań podkopujących koalicję, by uzyskać czas na odbudowę własnej pozycji. Może się zatem okazać, że obliczona na doraźne efekty koncepcja radykalnej i nieco histerycznej opozycji przyjęta jesienią 2005 roku okaże się w dłuższej perspektywie złym pomysłem. Zwłaszcza że w wypadku kilku sejmików wojewódzkich podtrzymanie tej linii popchnie PO i PSL w objęcia SLD. To zaś – o czym wiedzą już stratedzy Platformy – osłabi pozycję PO, prowadząc do rehabilitacji jej najpoważniejszego rywala w walce o głosy niezadowolonych z polityki rządu wyborców.
Lepper i Giertych – inaczej niż dwaj główni liderzy – nie tyle mogą, ile muszą dokonać przewartościowań. Po pierwsze dlatego, że ich partie okazały się niezwykle słabe instytucjonalnie i personalnie, że polityka „wymiatania potencjalnej konkurencji” zaowocowała brakiem wiarygodnych i zakorzenionych kandydatów. Retoryka Giertycha wymierzona przeciwko kandydatom z przeszłością w AWS i UW zdradziła mentalne fundamenty konstruowania Ligi jako partii wolnej od zakorzenienia w jakimkolwiek społecznym środowisku z wyjątkiem Młodzieży Wszechpolskiej i dość wątłych środowisk kościelnych. W skali ogólnopolskiej można ratować się siłą szyldu, można – jak Lepper – łatać braki organizacyjne dziesiątkami „spadochroniarzy”. W skali lokalnej taki manewr jest niemożliwy.
Nie zgadzam się z komentatorami, którzy uważają że Lepper i Giertych zapłacili w ostatnich wyborach samorządowych za koalicję z PiS. Zapłacili za bezzasadną wiarę w siłę szyldu i swojego nazwiska. Zapłacili za słabość struktur organizacyjnych i za politykę utrzymywania swych partii w stanie prowizorycznych komitetów wyborczych i rekrutacyjnych.
Granice nieufności
Polityka polska płaci za totalną nieufność liderów. Nieufność wobec siebie i zawieranych umów, która uniemożliwiła najpierw koalicję PO-PiS, a potem wstrząsała co chwilę koalicją PiS-Samoobrona-LPR. Nieufność, która kazała Jarosławowi Kaczyńskiemu utrzymywać scenę partyjną w stanie „kontrolowanej destabilizacji”, kiedy nikt – a zwłaszcza partner koalicyjny – nie może być pewny jutra. Szczególnie dotkliwa jest jednak nieufność liderów wobec własnego zaplecza. Prowadzi bowiem do zamykania dyskusji i swobodnej gry sił, do negatywnej selekcji, dzięki której na szczyty polityki trafiają politycy spełniający peerelowską w rodowodzie zasadę „bierni, mierni, ale wierni”.
Jeżeli polityka polska stała się w dużym stopniu „niemęska” – o czym pisała niedawno w „Dzienniku” Agata Bielik-Robson – to nie tylko ze względu na kulturowy idiom niechęci do rycerskiej rywalizacji, ale także ze względu na istniejący porządek instytucjonalny, w którym postawy podmiotowe są postrzegane jako niebezpieczne i wymierzone w pozycję politycznego lidera. Łączenie postawy podmiotowej z utrzymaniem się w grze jest dziś prawem zarezerwowanym dla liderów i bardzo nielicznej grupy, która mimo niesprzyjających okoliczności zachowała zdolność wyrażania swych opinii w sposób odważny, ale nienaruszający pozycji lidera partii.
Jeżeli reakcją na partyjną krytykę czy odmienność stanie sie eliminacja krytyków, będzie to oznaczało, że poziom nieufności zagraża elementarnej efektywności instytucji, a zarazem efektywności systemu politycznego jako takiego. Skoro bowiem niemożliwa stanie się weryfikacja polityki w trakcie kadencji sejmowej, to demokracja zostanie sprowadzona do cyklicznej wstrząsowej kuracji wyborczej. Pozbawione podmiotowości i „zużyte” przez liderów partie rządzące zaczną wypadać na margines, a system co kadencję będzie „odświeżał” elitę polityczną, zmieniając – zgodnie z tradycją sejmów Trzeciej Rzeczypsopolitej – mniej więcej połowę posłów, oddając ster państwa w ręce tych, którzy „dopiero się uczą” i którzy „jeszcze nie rządzili”. Polityka, zamiast stać się sztuką wykorzystywania okazji, stanie się fatalistycznym rytuałem marnowania szans.
Stawka jest zatem duża. W rękach kilku może kilkunastu polityków drugiego szeregu leży odmienienie polskich fatalizmów, dostrzeżenie innych niż partyjne wymiarów rywalizacji i innych niż wynikające z logiki klientelizmu celów polityki. W rękach liderów znajduje się uznanie obowiązujących także ich samych „granic nieufności”, poza którymi jest już tylko zżerająca wszelkie państwowe zasoby polityczna paranoja.
Rafał Matyja - historyk, politolog, publicysta. Prodziekan Wydziału Studiów Politycznych Wyższej Szkoły Biznesu - National Louis University w Nowym Sączu, redaktor naczelny kwartalnika „Praktyka Polityczna”. W latach 80. redagował drugoobiegowe periodyki „Nurt” i „Polityka Polska”, w latach 90. - „Nowe Państwo” i „Kwartalnik Konserwatywny”
Wygodniej i bezpieczniej będzie się trzymać dotychczasowych ról, ciągnąć w nieskończoność opowieści, które znudziły się chyba nawet samym narratorom. Rzecz nawet nie w tym, że taka polityka jest nieciekawa. Pozostaje jednak całkowicie niezdolna do weryfikacji innej niż wyborcza. Nie tworzy przestrzeni do debaty innej niż między rządem a opozycją. Eliminuje możliwość korekty innej niż odgórna.
Demokracja taka przypomina grę komputerową obliczoną na kilka osób. Ich siła wyraża się w liczbie głosów, którymi dysponują w parlamencie, a ich zachowania mierzone są wahaniami sondażowego poparcia. Czynnik ludzki, jakim mogliby być znaczący politycy ich partii, opinie partyjnych struktur, wnioski z prowadzonej wewnątrz ugrupowań debaty są tu pomijane lub traktowane jako zaburzenie reguł, jako komputerowy wirus, który powinien zostać możliwie szybko wyeliminowany.
Sztuka wymiany liderów
Niech nie zwodzi nas przy tym to, co stało się w ostatnich tygodniach. Rywalizacja wyborcza – zwłaszcza samorządowa – jest okresem największej mobilizacji partii politycznych jako instytucji. Co więcej, właśnie w wyborach lokalnych można dostać premię nie tyle za marketingową zręczność, ile za organizacyjny potencjał. Tu zresztą tkwiło źródło przewagi dobrze zorganizowanych struktur PSL nad słabszymi w wymiarze lokalnym Samoobroną i LPR.
Jednak w codziennej polityce partie jako instytucje nie są rzeczywistymi podmiotami. Uczestniczą w niej jako medialne szyldy, a rzeczywistymi aktorami są jedynie ich liderzy. Nawet członkowie zarządów krajowych tych partii nie ośmielą się wyrazić swego zdania bez jasnych instrukcji przywódcy. Im bardziej gra polityczna przypomina – jak to było w minionym roku – skomplikowane manewry słowno-personalne, tym szersze są wyłączne kompetencje lidera, tym mniejsza podmiotowość pozostałych struktur i polityków.
Jednym z kryteriów oceny siły instytucjonalnej partii jest jej zdolność do dokonania zmiany przywództwa, gdy wymaga tego interes (a zwykle po prostu odbudowa popularności) ugrupowania. Tymczasem w polskich partiach nie rozlicza się nawet tych liderów, którzy doprowadzili je do katastrofy. Nie zmienia się niepopularnych przywódców, nawet wtedy, gdy partie tracą więcej niż połowę sondażowego poparcia. Marian Krzaklewski i Leszek Miller gotowi byli za cenę zachowania kontroli nad partią stracić znacznie więcej niż połowę głosów. W tym drugim wypadku zresztą tylko silna i niezależna w sensie instytucjonalnym pozycja Aleksandra Kwaśniewskiego pomogła pozbawić Millera władzy i uratować istnienie SLD.
Ciekawym przypadkiem koncentracji władzy w rękach lidera jest tworzona zrazu przez trzech polityków Platforma Obywatelska. Pięć lat po jej powstaniu nie ma w jej szeregach nie tylko Olechowskiego i Płażyńskiego, nie ma też Halla i Balazsa, nie ma Gilowskiej, a pozycja Rokity wydaje się zagrożona mimo faktu, że polityk ten nie ma realnych szans na odebranie przywództwa Tuskowi. Jedyne, co może uczynić, to ograniczyć jego bezwzględną swobodę ruchów, na przykład utrudniając zawieranie regionalnych koalicji z lewicą. I to – jak się zdaje – wystarczy, by skazać Rokitę na marginalizację w obrębie partii. Sposób, w jaki Tusk rządzi Platformą, nie polega bowiem na przyciąganiu do tej partii silnych osobowości, ale przeciwnie – na eliminowaniu ich z szeregów coraz bardziej własnego ugrupowania.
Proces instytucjonalizacji partii został przy tym w Polsce zablokowany nie tyle przez „zły charakter” tego czy innego lidera. Zjawisko koncentracji władzy następuje dziś w porównywalnym stopniu w LPR i PiS, w Platformie i Samoobronie. Występowało też w SLD pod rządami Millera.
Uruchomienie procesu przeciwnego wymaga zatem nie tyle „naprawy charakterów” Giertycha i Leppera, czy Tuska i Kaczyńskiego, ale stworzenia innych rozwiązań instytucjonalnych. Jak uczy życie – rozwiązań raczej wywalczonych przez polityków niższego szczebla w tych partiach niż reform wprowadzonych przez racjonalnego władcę absolutnego. Problem polega na tym, że w Polsce nikt prawie nie „kibicuje” tego typu procesom. Sposób, w jaki rozmawiamy o naszych problemach politycznych, jest nadal naiwny i związany z rozstrzyganiem napięć towarzysko-personalnych. W niewielkim stopniu uznaje się bowiem, że za siłą demokratycznej polityki stoją dobrze zorganizowane instytucje.
Dzisiejsze partie wnoszą ze sobą do życia publicznego niewiele dobrego, bo są organizacjami politycznego klientelizmu, w którym lider patron oferuje w zamian za poparcie w miarę konkretne dobra. Polskie partie skupiają nie sympatyków, zainteresowanych sukcesem programowym, ale kandydatów na stanowiska, które partia może rozdawać po dojściu do władzy. Taka formuła sprawia, że zostaje skompromitowany nie tylko ten czy inny partyjny szyld, ale życie polityczne jako takie.
Po co Polakom partie?
Jeżeli nie istnieje silna organizacja partyjna, muszą istnieć inne instytucje, które są w stanie przygotować polityków opozycyjnych do sprawowania władzy. Instytucje, które przez lata pozostawania w opozycji zbierają informacje na temat działań poszczególnych resortów, tworzą alternatywne koncepcje rządzenia. Instytucje, które selekcjonują kandydatów na najwyższe stanowiska państwowe, tak by świeżo upieczony premier miał rzeczywistą możliwość doboru kompetentnych współpracowników.
Trzeba oczywiście przyznać, że kilku ministrów obecnego rządu – Dorn, Ujazdowski, Ziobro – to ludzie, którzy przygotowywali się „indywidualnie” do pełnienia swoich funkcji. Kilku następnych to eksperci, którym powierzono funkcję ministrów. Niewiele jednak wskazuje na to, by gabinet cieni PiS w poprzedniej kadencji był kompletny. Wiele postulatów zgłaszanych przez opozycyjny klub parlamentarny tej partii gdzieś się w obecnej rozmyło, nie znajdując silnych i kompetentnych promotorów.
Partie polityczne nie są bowiem jedynie „maszynką wyborczą” – choć ewolucja polityki, mająca miejsce także w dojrzałych demokracjach, sprzyja wzmacnianiu tej funkcji. Powinny jednak być zdolne do tworzenia programu i kadry zdolnej do przenoszenia go na politykę państwa. Powinny też być mechanizmem komunikacji, czy też „wczesnego ostrzegania” o zagrożeniach związanych z obecną polityką.
Podmiotowość partii jest tymczasem wygaszana – jako potencjalnie najpoważniejsze zagrożenie dla liderów. Uniemożliwia to im pełnienie wielu właściwych im funkcji. Nic dziwnego więc, że polityka partyjna przypomina surfowanie na medialnych falach, wrzucanie nowych pomysłów, które pozwalają przetrzymać partyjne zjazdy (przypomnijmy choćby zapowiedzi budowy ruchu obywatelskiego, zgłaszane przez Donalda Tuska), a potem wytrwałą walkę pozycyjną o utrzymanie możliwie silnej kontroli nad własnymi szeregami. Ryzyko utraty władzy w partii jest uznawane za poważniejsze od strat, do jakich prowadzi próba utrzymania pełnej kontroli i eliminacji każdego głosu krytyki. Być może wpływają na to złe doświadczenia z lat 1991 – 2001. Jednak alternatywną możliwością wobec obecnego stanu rzeczy nie musi indywidualistyczny karnawał na wzór Sejmu pierwszych trzech kadencji, w których głosowanie zgodne z linią ugrupowania nie należało do akceptowanych powszechnie reguł, a liczba rozłamów klubowych była tak duża, że nie nadążali za nimi nawet wytrawni sejmowi komentatorzy.
Od pięciu lat – od początku czwartej kadencji Sejmu – mamy do czynienia ze względnie przewidywalnym głosowaniem poszczególnych klubów. Ta dyscyplina nie jest jednak związana z wielowymiarową instytucjonalizacją partii, ale z omówionym wyżej zjawiskiem skupienia władzy w rękach lidera oraz utrudnionym – także wskutek mechanizmu budżetowego wspierania ugrupowań – wejściem do Sejmu nowych podmiotów.
Piąta kadencja jest pierwszą w historii Trzeciej Rzeczypospolitej, w której powtórzył się zestaw partii uczestniczących w podziale mandatów. Ugrupowania, które przekroczyły próg wyborczy w roku 2001, powtórzyły to cztery lata później. Ta okoliczność obniża ryzyko związane z dopuszczeniem do większej ich podmiotowości. Paradoksalnie, owa większa podmiotowość, a co za tym idzie wrażliwość na zewnętrzne bodźce i zdolność do korekty postępowania może uratować życie przynajmniej tym partiom, które są dziś u władzy.
Czas przewartościowań
Moment, w jakim znalazła się polska polityka po wyborach samorządowych, sprzyja bowiem istotnym przewartościowaniom. Skłania do nich zarówno potrzeba wypracowania formuły koalicji regionalnych, jak też ustalenia politycznej agendy roku 2007. Przewartościowania te mogłyby wyjść na dobre polskiej polityce zagranicznej – po raz pierwszy tak ostro kontestowanej przez opozycję – i służyłyby odbudowie zaufania do instytucji demokratycznych.
Po raz pierwszy od roku główni aktorzy polityczni uzyskują pewne pole manewru. Jarosław Kaczyński, odbudowując koalicję z Samoobroną, uzyskał szansę na dokończenie zmian w służbach specjalnych, prokuraturze i policji, szansę wpływu na skład TK i decyzji w sprawie nowego prezesa NBP. Udało mu się – nie bez trudu – doprowadzić do względnej równowagi medialnej, dzięki czemu Prawo i Sprawiedliwość nie musi być dziś kolejną ofiarą do pożarcia przez nieprzyjazne mu media. Tego wszystkiego zapewne nie uzyskałby, zawiązując koalicję z Platformą jako względnie równorzędnym i wymagającym ustępstw partnerem.
Jednak odtworzenie układu parlamentarnego w województwach oznacza, że PiS straci wpływ na bardzo istotny społecznie proces „stymulowania rozwoju”. Co więcej, agenda ustawodawcza i reformatorska na następny rok nie może być repliką tegorocznej. Wraz z uchwaleniem zmian w ustawie lustracyjnej i odtajnieniem raportu o działalności WSI zakończy się bowiem pierwszy okres zmian. Utrzymanie politycznej inicjatywy wymaga przedstawienia pomysłu na następne działania.
W podobnej sytuacji jest Donald Tusk, który musiał w jakiś sposób zatrzeć fatalne wspomnienie zeszłorocznej porażki. Nie tylko wyborczej, ale także – jak się okazało – negocjacyjnej. Rachuba, że rządy PiS zakończą się szybką katastrofą i przyniosą liberałom zwycięstwo wyborcze, okazała się jałowa. Z drugiej strony to, że wynik samorządowy daje się „sprzedać” jako zwycięstwo Platformy, nie oznacza, że droga do sukcesu parlamentarnego jest prosta, a tym bardziej – krótka.
Tusk musi liczyć się z tym, że koalicjanci PiS zrezygnują z działań podkopujących koalicję, by uzyskać czas na odbudowę własnej pozycji. Może się zatem okazać, że obliczona na doraźne efekty koncepcja radykalnej i nieco histerycznej opozycji przyjęta jesienią 2005 roku okaże się w dłuższej perspektywie złym pomysłem. Zwłaszcza że w wypadku kilku sejmików wojewódzkich podtrzymanie tej linii popchnie PO i PSL w objęcia SLD. To zaś – o czym wiedzą już stratedzy Platformy – osłabi pozycję PO, prowadząc do rehabilitacji jej najpoważniejszego rywala w walce o głosy niezadowolonych z polityki rządu wyborców.
Lepper i Giertych – inaczej niż dwaj główni liderzy – nie tyle mogą, ile muszą dokonać przewartościowań. Po pierwsze dlatego, że ich partie okazały się niezwykle słabe instytucjonalnie i personalnie, że polityka „wymiatania potencjalnej konkurencji” zaowocowała brakiem wiarygodnych i zakorzenionych kandydatów. Retoryka Giertycha wymierzona przeciwko kandydatom z przeszłością w AWS i UW zdradziła mentalne fundamenty konstruowania Ligi jako partii wolnej od zakorzenienia w jakimkolwiek społecznym środowisku z wyjątkiem Młodzieży Wszechpolskiej i dość wątłych środowisk kościelnych. W skali ogólnopolskiej można ratować się siłą szyldu, można – jak Lepper – łatać braki organizacyjne dziesiątkami „spadochroniarzy”. W skali lokalnej taki manewr jest niemożliwy.
Nie zgadzam się z komentatorami, którzy uważają że Lepper i Giertych zapłacili w ostatnich wyborach samorządowych za koalicję z PiS. Zapłacili za bezzasadną wiarę w siłę szyldu i swojego nazwiska. Zapłacili za słabość struktur organizacyjnych i za politykę utrzymywania swych partii w stanie prowizorycznych komitetów wyborczych i rekrutacyjnych.
Granice nieufności
Polityka polska płaci za totalną nieufność liderów. Nieufność wobec siebie i zawieranych umów, która uniemożliwiła najpierw koalicję PO-PiS, a potem wstrząsała co chwilę koalicją PiS-Samoobrona-LPR. Nieufność, która kazała Jarosławowi Kaczyńskiemu utrzymywać scenę partyjną w stanie „kontrolowanej destabilizacji”, kiedy nikt – a zwłaszcza partner koalicyjny – nie może być pewny jutra. Szczególnie dotkliwa jest jednak nieufność liderów wobec własnego zaplecza. Prowadzi bowiem do zamykania dyskusji i swobodnej gry sił, do negatywnej selekcji, dzięki której na szczyty polityki trafiają politycy spełniający peerelowską w rodowodzie zasadę „bierni, mierni, ale wierni”.
Jeżeli polityka polska stała się w dużym stopniu „niemęska” – o czym pisała niedawno w „Dzienniku” Agata Bielik-Robson – to nie tylko ze względu na kulturowy idiom niechęci do rycerskiej rywalizacji, ale także ze względu na istniejący porządek instytucjonalny, w którym postawy podmiotowe są postrzegane jako niebezpieczne i wymierzone w pozycję politycznego lidera. Łączenie postawy podmiotowej z utrzymaniem się w grze jest dziś prawem zarezerwowanym dla liderów i bardzo nielicznej grupy, która mimo niesprzyjających okoliczności zachowała zdolność wyrażania swych opinii w sposób odważny, ale nienaruszający pozycji lidera partii.
Jeżeli reakcją na partyjną krytykę czy odmienność stanie sie eliminacja krytyków, będzie to oznaczało, że poziom nieufności zagraża elementarnej efektywności instytucji, a zarazem efektywności systemu politycznego jako takiego. Skoro bowiem niemożliwa stanie się weryfikacja polityki w trakcie kadencji sejmowej, to demokracja zostanie sprowadzona do cyklicznej wstrząsowej kuracji wyborczej. Pozbawione podmiotowości i „zużyte” przez liderów partie rządzące zaczną wypadać na margines, a system co kadencję będzie „odświeżał” elitę polityczną, zmieniając – zgodnie z tradycją sejmów Trzeciej Rzeczypsopolitej – mniej więcej połowę posłów, oddając ster państwa w ręce tych, którzy „dopiero się uczą” i którzy „jeszcze nie rządzili”. Polityka, zamiast stać się sztuką wykorzystywania okazji, stanie się fatalistycznym rytuałem marnowania szans.
Stawka jest zatem duża. W rękach kilku może kilkunastu polityków drugiego szeregu leży odmienienie polskich fatalizmów, dostrzeżenie innych niż partyjne wymiarów rywalizacji i innych niż wynikające z logiki klientelizmu celów polityki. W rękach liderów znajduje się uznanie obowiązujących także ich samych „granic nieufności”, poza którymi jest już tylko zżerająca wszelkie państwowe zasoby polityczna paranoja.
Rafał Matyja - historyk, politolog, publicysta. Prodziekan Wydziału Studiów Politycznych Wyższej Szkoły Biznesu - National Louis University w Nowym Sączu, redaktor naczelny kwartalnika „Praktyka Polityczna”. W latach 80. redagował drugoobiegowe periodyki „Nurt” i „Polityka Polska”, w latach 90. - „Nowe Państwo” i „Kwartalnik Konserwatywny”
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|