Dziennik Gazeta Prawana logo

"PiS w pułapce Realpolitik"

12 października 2007, 14:35
Ten tekst przeczytasz w 9 minut
"Zdaniem milionów ludzi bariera obrzydliwości w polskiej polityce została pokonana już dość dawno, a na pewno została w ostatnich dziesięciu dniach. Nos mi mówi, że myśli tak także Jarosław Kaczyński" - pisze w DZIENNIKU Tomasz Lis, dziennikarz Polsatu.
Jarosław Kaczyński uznał w swoim czasie, że Realpolitik - czyli sejmowa większość - jest ważniejsza niż zgwałcone poczucie estetyki, bo przecież ani pan Lepper, ani pan Giertych nie są postaciami z jego bajki. Dziś być może premier zastanawia się jednak, czy - nie tylko polityczno-sondażowa - cena, jaką trzeba zapłacić za flirt z „ludźmi marnej reputacji, nie jest za wysoka. A jeśli się nie zastanawia, to powinien się zastanowić.
Potrzebowaliśmy głosów w Sejmie, by mogło powstać Centralne Biuro Antykorupcyjne, by można było zlikwidować WSI, by można było doprowadzić do zmian w publicznych mediach mówili przez wiele miesięcy politycy PiS. I niezależnie od tego, jak ktoś ocenia zmiany, których dokonała sejmowa większość (inna sprawa, że dwóch pierwszych PiS dokonałoby bez poparcia koalicjantów pomogłaby Platforma) było to rozumowanie politycznie racjonalne. Ale w ostatnich dniach obserwujemy przyspieszony proces degrengolady układu rządowego, który może uderzyć w PiS, nawet jeśli nie PiS za ów proces odpowiada. Zresztą niepolityczna pozycja PiS jest stawką w tej grze. I nie jest nią nawet rewolucja moralna, bo od momentu zawarcia koalicji z Samoobroną i LPR nikt w Prawie i Sprawiedliwości o niej nie mówi. Najważniejszą stawką są obowiązujące w Polsce demokratyczne standardy i atmosfera życia publicznego. Gołym okiem już widać, że nawet w kategoriach Realpolitik straty z powodu wątpliwej estetycznie koalicyjnej transakcji przewyższają już zyski.

Miller i Realpolitik
Ponad pięć lat temu, gdy oddziały szturmowe przewodniczącego Leppera w biało-czerwonych krawatach wkraczały na polityczne salony, Jan Nowak-Jeziorański ostrzegał przed populistami, którzy mogą przejąć władzę i unicestwić sukcesy młodej polskiej demokracji. Z perspektywy tych lat i w kontekście wydarzeń z ostatnich miesięcy widać już, że tamte obawy na szczęście nie były uzasadnione. Ale całkowicie uzasadnione były obawy tych, którzy mieli przekonanie, że w tamtym momencie fakt, że w efekcie decyzji wyborców pękła bariera, która w porządnych demokracjach pękać nie powinna. Nasz parlament stał się tak
reprezentatywny dla społeczeństwa jak chyba nigdy wcześniej. Niestety. Bo swoją reprezentację uzyskało także to, co akurat w Sejmie i w Senacie reprezentowane być nie powinno. Nastąpiła nobilitacja łamania prawa, chamstwa, grubiaństwa, brutalnego języka i braku szacunku dla instytucji demokratycznych (blokada sejmowej mównicy). Nawet zagorzali przeciwnicy Unii Wolności przyznają chyba, że nie dzieje się dobrze, gdy w sejmowych ławach Geremka czy Mazowieckiego zastępują przedziwne indywidua często z wyrokami sądowymi, ludzie, którzy dali dowody pogardy dla państwa i prawa. Wtedy rzecznikiem Realpolitik był SLD i tak to wicemarszałkiem Sejmu Rzeczpospolitej został człowiek, który jednego z najbardziej znanych i szanowanych na świecie Polaków, Leszka Balcerowicza, nazywał kanalią i mordercą ekonomicznym. Swoisty to był triumf wolności słowa. Zaraz potem były Klewki i zadawane z sejmowej trybuny przez przewodniczącego i już wicemarszałka pytania typu „a Carringtona pan zna?. Wulgarny język ulicznego wiecu stał się językiem polskiej polityki.

Zaginione standardy
Po Leszku Millerze, który w tej legalizującej to, co najgorsze w naszej polityce Realpolitik zrobił duży krok, przyszedł Jarosław Kaczyński, który zrobił trzy następne kroki. A owej Realpolitik miało towarzyszyć cywilizowanie koalicyjnych partnerów, zwanych niedługo potem przystawkami. Niestety, bywają przystawki, które odbierają ochotę na główne danie. Część piechurów zmierzających w kierunku wyśnionej IV RP pozostawia za sobą pobojowisko. Ważni politycy jednej partii koalicyjnej oskarżani są o korupcję seksualną i szantaż. Ważny polityk innej partii ogłasza światu, że jak się widzi geja, to dalej, bejsbolem go. Kilka miesięcy później na drzwiach swego biura wywiesza kartkę, że „pederastom i dziennikarzom »Gazety Wyborczej« wstęp wzbroniony, po czym oburza się, gdy polityk innej partii myli się i mówi, że na kartce było o Żydach, nie o pederastach. Prawdę mówiąc, biorąc pod uwagę klimacik w okolicach tej partii, mam wrażenie, że w owym wywieszonym na drzwiach zakazie było i o jednych, i o drugich. Aha, jest jeszcze jeden poseł współkoalicjant, co to go sąd skazał za wybryki w przedziale pociągu. Jest jeszcze, drobiazg: wicepremier i minister edukacji, pierwszy wychowawca polskich dzieci, którego pupile mają dziwną skłonność do grupowego zamawiania zawsze pięciu piw, każdy za pomocą uniesionych rąk. Wszystkie te zachowania całkowicie dyskwalifikowałyby każdego polityka w każdym normalnym kraju, gdzie standardy demokracji i przyzwoitości są poważnie traktowane. U nas wszystko jednak jakoś się rozłazi po kościach, bo przecież jest Realpolitik, ręce przy głosowaniach potrzebne, pal diabli, co te ręce robiły wcześniej. Mam wrażenie, że zdaniem milionów ludzi bariera obrzydliwości w polskiej polityce została pokonana już dość dawno. A zdaniem milionów innych jeśli nie została pokonana wcześniej, to na pewno została przekroczona w ostatnich dziesięciu dniach. Nos mi mówi, że myśli tak także Jarosław Kaczyński. Pytanie tylko, czy poczucie estetyki zostało w pewnym momencie przez Realpolitik pokonane czy też raczej owa Realpolitik dokumentnie owo poczucie estetyki unicestwiła.
Dziś mocno zdesperowani i mocno zażenowani politycy PiS dają do zrozumienia, że koalicjanci z LPR i Samoobrony muszą się pozbyć swych kompromitujących ogonów. Sęk w tym, że ogony są najwidoczniej takie jak cała reszta. Na obrzeżach jednej z koalicyjnych partii najwyraźniej istnieje jakieś ciche, niewypowiedziane przyzwolenie na gesty rasistowsko-nazistowskie, w innej przyzwolenie na zamianę wielu jej struktur w seksfabrykę. W ciągu kilku dni szambo wybiło dwa razy z taką siłą, że smród rozszedł się na cały kraj. Możliwe, że smród zostanie także, gdy miną święta oraz sylwester i że w takim klimacie dowiemy się o koalicyjno-rządowym „nowym początku. PiS z całą pewnością chce ruszyć w stronę politycznego środka i wykonać gesty zmierzające do odzyskania części elektoratu, którą na własne życzenie straciło. Ale czy dla ludzi owego środka ważne i wiarygodne będą gesty czynione przez niektórych posłów Samoobrony i LPR? Wybory samorządowe niemal powszechnie skomentowano jako skonsumowanie przystawek przez PiS. Ale zjeść to jedno, a nie mieć niestrawności, to drugie. Dziś przystawki wyglądają coraz bardziej jak pokarm w jelitach po długiej obróbce, a ten, który je zjadł, ma mocno wykrzywioną twarz. Zrozumiałe, po czymś takim każdego musi skręcać. Nie polityczna perystaltyka jest jednak ważna, lecz to czy dwa ugrupowania, które nie stanowią już absolutnie żadnego zagrożenia dla PiS w kategoriach konkurencji na prawej flance, nie są na tyle silne „wizerunkowo, by zdecydować, co się dzieje na tej scenie poza jej marginesem, który dziś stanowią. Coś się stało w tych ostatnich dniach. Jeszcze w zeszłym tygodniu, gdy politycy Prawa i Sprawiedliwości mówili o ludziach Platformy Obywatelskiej, że ci chcą z SLD, politycy PO trochę bezradnie odgryzali się „a wy trzymacie z Samoobroną. O ile mocniejszy jest ten argument dziś, mimo, że wypowiedzi premiera czy marszałka Sejmu są w sprawie seksafery dokładnie takie jak być powinny.

Koniec z przystawkami
Jest jeszcze jedna sprawa. Czy z czkawką po przystawkach PiS będzie w stanie dokonać jakiejkolwiek sensownej reformy? Nastrój antyreformatorski wyczuwalny jest niemal w całej Europie od Holandii, przez Austrię, po Niemcy. Jarosław Kaczyński, czując nastrój elektoratu i tę ogólnoeuropejską tendencję, nie rozpoczynał reformatorskiej szarży. Ale na przykład naprawa finansów państwa, czy się komuś to podoba czy nie, jest w Polsce niezbędna. I to szybko. Tylko z kim PiS miałoby ją przeprowadzić? Z koalicjantami, którzy będą się teraz troszczyć, czy poparcie dla nich przekroczy granicę błędu statystycznego? Czy z Platformą Obywatelską, która teraz nie popuści i każdą próbę zmian storpedowałaby prawdopodobnie równie stanowczo i skutecznie oraz nierozsądnie, co proponowany kilka lat temu plan Hausnera.
Dziś Realpolitik ma dla PiS wymiar szczególnie bolesny. Nowe wybory oznaczałyby, że partia ta straci władzę, bo nawet jeśli je wygra, nie będzie już mogła liczyć na żadnych koalicjantów. Trudno apelować do Jarosława Kaczyńskiego, który premierem jest w końcu dopiero od kilku miesięcy, by decydował się na oddanie władzy i to tym, o których sam mówił, że nie zdobędą jej nigdy. Z drugiej strony trudno się oprzeć wrażeniu, że dziś w polskiej polityce przydałaby się swego rodzaju opcja zerowa. Wcieliliby ją zapewne w życie wyborcy bez litości, używając wobec Samoobrony i LPR politycznej gilotyny. Nawet jeśli koalicję po nowych wyborach ciężko byłoby sklecić, to atmosfera w naszej polityce na pewno zostałaby trochę oczyszczona. Połknięcie przystawek przez PiS i wyplucie ich przez wyborców jakkolwiek drastycznie
gastryczna byłaby to wizja, to ma ona niezaprzeczalny walor. Gdyby została zrealizowana, na poważnie można by mówić, że rewolucja moralna nie była całkowitą fikcją, bo coś się jednak udało. W sumie niemało. Tomasz Lis dziennikarz telewizyjny, twórca programów informacyjnych „TVN Fakty i „Wydarzenia. Członek zarządu ds. programowych Telewizji Polsat. Prowadzi w Polsacie program „Co z tą Polską?. Autor książek: „Jak to się robi w Ameryce, „Zawód korespondent, „LISt z Ameryki, „Wielki finał, „Kulisy wejścia Polski do NATO, „ ABC dziennikarstwa (współautor), „Co z tą Polską?, „Nie tylko fakty. Ostatnio opublikował „Polska, głupcze (2006) Dziennikarz Roku w 1999 r., laureat pięciu Wiktorów
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj