Z biologicznego punktu widzenia PO jest ewenementem. Organizmy żywe mają bowiem to do siebie, że u swego zarania są obłe i galaretowate, a wraz z upływającym czasem nabierają coraz
wyraźniejszych kształtów i cech, charakterystycznych tylko dla siebie. Wszystkie niemowlęta są do siebie podobne. Dopiero później nabierają rysów indywidualnych. Te rysy, im człowiek
starszy - stają się coraz ostrzejsze, aż w końcu niepowtarzalne oblicze jest ostatecznie uformowane.
Z Platformą Obywatelską jest natomiast zupełnie odwrotnie. Powstała na początku XXI wieku jako formacja wręcz prowokacyjnie wyrazista. Jako szybko rosnący osesek nabrała niepowtarzalnego,
dojrzale liberalnego charakteru. I nagle ta naturalna ewolucja skończyła się jak nożem uciął. Dzisiejsza Platforma to kilkuletni brzdąc obarczony przykrą genetyczną chorobą. Zamiast się
rozwijać, staje się coraz bardziej obła, bezkształtna i nijaka.
Z czym się dzisiaj kojarzy PO? Z niczym. Ma to do siebie, że nie ma nic do siebie. Jest cieniem dawnej partii. Platforma sprzed lat dwóch szła po władzę z jednoznacznym, ciut populistycznym, ale integralnym programem. Nie chciała pieniędzy z budżetu państwa. Miała w planach gruntowną przebudowę Polski. Głosiła hasło podatku liniowego i w ogóle radykalnej reformy systemu podatkowego (program 3x15). Proponowała zniesienie instytucji immunitetu i głosiła prawdziwie rewolucyjną wizję wprowadzenia w naszym kraju wyborów większościowych. Te dwie ostatnie propozycje wymagałyby zmiany konstytucji.
Dawny program PO był bez wątpienia kontrowersyjny i miał wielu krytyków (nie tylko w PiS, ale i wśród dzisiejszych medialnych admiratorów formacji Donalda Tuska). Ale był nie tylko "jakiś". Miał rozmach, wyrazisty cel w postaci oddania kraju jego obywatelom i maksymalnego ułatwienia im życia. Miał wreszcie całkiem przyjemny powiew czegoś rewolucyjnego - ale w innym niż PiS-owska rewolucja odcieniu. To był powiew czegoś młodzieńczego, energicznego, nowoczesnego. Nic dziwnego, że PO oraz Donald Tusk dostali tak wiele głosów ludzi młodych. W XIX wieku porządny idealista był za młodu socjalistą, dzisiaj jest liberałem.
Co ten liberał idealista (czyli lidealista) ma począć dzisiaj? Najczęściej nadal podkochuje sie w Platformie Obywatelskiej. Ale czyni to raczej z przyzwyczajenia i niechęci do PiS niż żarliwego przekonania. Bo PO jest dzisiaj zupełnie inna partią niż przed dwoma laty. A zaczął wyprzedawać swe ideały zaraz po wyborach parlamentarnych, gdy ustami sekretarza generalnego Grzegorza Schetyny ogłosiła, że nie wzgardzi państwową dotacją dla partii. Pecunia non olet, nawet wtedy gdy z własnej gęby robi się cholewę.
Symbolicznym finałem tej smutnej ewolucji było niedawne głosowanie nad odebraniem immunitetu posłance SLD Małgorzacie Ostrowskiej. Przeciwna samej instytucji immunitetu PO wstrzymała się od
głosu i posłanka Ostrowska mogła odetchnąć z ulgą. Zaś Donald Tusk wyznał, że pod wpływem praktyki PiS-owskich rządów zmienia zdanie w tak zasadniczej sprawie, jak istnienie immunitetu -
którego likwidacja była, przypomnijmy, jednym z kośćców liberalnego programu PO.
Partia Donalda Tuska stała się formacja minimalistyczną. Będąc w opozycji do postkomunistów, potrafiła wykreować, a później skutecznie lansować autorską wizję Polski. - Kraju Millera nie
chcemy. Nasza Polska będzie wyglądać tak - i tu następowały propozycje. Teraz jest inaczej, znacznie prościej i mniej ambitnie. Tusk mówi jedynie, że nie chce Polski Kaczyńskiego. I kropka.
Za całą strategię polityczną Platformy robi słowo "nie". Skoro PiS czegoś chce, to my tego nie chcemy. Kaczyńskiego z Lepperem i Giertychem trzeba odsunąć od władzy - to
wiadomo. W imię czego? Tego już nie za bardzo wiadomo.
Symptomatyczne, że w PO nad programem partii wciąż pracuje grupa ludzi pod przewodnictwem Bronisława Komorowskiego. Znaczy to mniej więcej tyle, że Platforma - główna partia opozycyjna i murowany faworyt następnych wyborów - tego programu nie ma. Symptomatyczne jest też to, że ludzie wyraziści i mający poglądy - tacy jak Jana Maria Rokita - są w PO spychani na boczny tor. Zaś w Sejmie legislacyjna aktywność Platformy równa się zeru. PO nie jest górą, która rodzi programową mysz. Ta góra jest w ogóle bezpłodna.
Za taki stan rzeczy odpowiada bez wątpienia Donald Tusk. Jego można obciążać za ten regres i pozbawienie swej partii jakiegokolwiek oblicza. Pytanie jednak - i jest to ciekawe pytanie - czy Tusk zrobił to mimochodem w ramach wewnątrzpartyjnych przepychanek mających utwierdzić i wzmocnić jego przywództwo, czy też ta programowa abdykacja to element głębszej strategii?
Zapewne jedno i drugie. Pierwsze dość łatwo da sie wyjaśnić - tłamszenie polityków wyrazistych, utrwala jedynowładztwo Tuska. Ale jaki interes może mieć partia w tym, żeby być bezpłciowa? Otóż zapewne Tusk doszedł do wniosku, że wyrazistość zaszkodziła Platformie. To przez nią partia poniosła podwójną porażkę w roku 2005. PiS-owi łatwo było zrobić z rywali liberalnego potwora. Teraz marzący o skutecznym rewanżu Tusk oczyszcza przedpole ze wszelkich niebezpieczeństw. A z jego kalkulacji wynika, że w Polsce znacznie bardziej opłaca się być partią przezroczystą niż wyrazistą. Ta konstatacja jest ogromnie smutna, ale czy okaże się prawdziwa, zobaczymy podczas najbliższych wyborów.
Taktyce Tuska można by przyklasnąć, gdyby polegała na maskowaniu pewnych poglądów, na które niewytłumaczalną alergię ma część Polaków dostających drgawek na dźwięk nazwiska Balcerowicz. Problem polega jednak na tym, że PO nie skrywa swego programu. Ona naprawdę staje się ideową pustynią. A przecież, kiedy się już wygra wybory, trzeba będzie - mówiąc górnolotnie - coś z tą Polską zrobić.