Jeszcze przed huraganem "Katrina" byłem na Bourbon Street w Nowym Orleanie. Wśród szalejącego tłumu i jazzu stał kaznodzieja, który nam wszystkim tłumaczył, że pójdziemy prosto do piekła. Z Luizjany pochodzi też kaznodzieja zielonoświątkowców Jimmy Swaggart, który był jednym z lepiej zarabiających Amerykanów, aż został przyłapany kilkakrotnie na spotkaniach z prostytutkami. Co nie przeszkodziło w tym, że jego program w telewizji do dzisiaj oglądają 2 miliony ludzi, a w obiegu są jego książki, znaczki i T-shirty z jego wizerunkiem oraz masa innych akcesoriów. Wzorzec działalności Swaggarta powiela zresztą w Stanach Zjednoczonych wielu innych duszpasterzy będących zarazem ludźmi interesu. Czemu więc właściwie i ksiądz prałat nie miałby zarabiać, a uzyskanych środków wydatkować potem na cele publiczne i własne?
Zawsze przecież miał dobrą rękę do pieniędzy. Kiedy jedyny raz byłem na plebanii kościoła św. Brygidy w 1981 r., zdumiały mnie jego salony: wyłącznie gdańskie meble, stoły na dwadzieścia cztery osoby i niebywałe zasoby znakomitych trunków. Wtedy nie żył tak prawie nikt, tym bardziej zdumiewało to u bojowego kapelana „Solidarności”. Widać, miał tę żyłkę od zawsze i dzisiaj przyszły dobre czasy, by ją wykorzystać. Daj mu, Panie Boże, niech mu da ktokolwiek jak najwięcej pieniędzy i sukcesów. Niech nawet zrobi o sobie film w reżyserii takiego jak on ksenofoba Mela Gibsona, niech przeprowadza castingi na kelnerki, niech produkuje trunki alkoholowe i perfumy. Co nam to szkodzi?
W świecie wolnego rynku wszystko jest w idealnym porządku, w świecie liberalnym wszystko jest w idealnym porządku. Skoro są tacy - nie chcę ich nazywać głupimi, lecz tylko amatorami - którzy kupują wino Monsignore, to niech sobie kupują. Sam bym chętnie zarobił tyle pieniędzy. Więc dlaczego nie zarabiam? Bo nie jestem sławnym księdzem. Bo w ogóle nie jestem księdzem, a szkoda, bo mógłbym wtedy swobodnie robić rzeczy, których jako świeckiemu czynić mi nie wypada. Ksiądz prałat nawet Monice Olejnik mówi, że jest kawalerem, jakich używa perfum (bardzo drogich) i jak w jego kawiarniach młodzież przy winie, piwie i perfumach z napisem "HJ" będzie się zbliżała do Boga. A ja nie jestem pasterzem i jakbym przez piwo zaprowadził młodzież do Boga? Jest taki księżowski sposób mówienia, jest nawet księżowski rodzaj perfum i księżowskie dobre wina. Przy rozmaitych okazjach miałem okazję i powąchać perfum, i się napić. A wszystko w Imię Pańskie! Czy aby na pewno?
Można się tylko dziwić, że ksiądz Jankowski jest w Polsce tylko jeden, bo przecież - jak sam mówi - wszyscy księża powinni tak postępować, tylko wielu - to już moje zdanie - po prostu się boi biskupa. A ksiądz Jankowski nikogo się nie boi, nawet Pana Boga. Jest tak cudownie niewinny i tak absolutnie bezkrytyczny, i tak bezpośredni, i tak lubi ładne kobiety, a brzydkich nie lubi i nie zatrudni, bo na brzydkie nieprzyjemnie patrzeć - co wszyscy wiemy - i tak całkowicie obojętny wobec poprawności politycznej, że gdyby to nie była obraza Boska, to właściwie mój podziw byłby bezgraniczny.
Ale dlaczego zaraz obraza Boska? Otóż dlatego, że ksiądz Jankowski dzięki pozycji, jaką niegdyś zdobył (zapewne zasłużenie), chociaż już dzisiaj wszystko mąci mi się w głowie, pozwala sobie na to samo, na co pozwala sobie bardzo wielu innych księży, tylko bardziej. Z tym samym poczuciem niewinności i z tym samym przekonaniem, że prowadzi ludzi do Boga. Nawet dwaj znani mi proboszczowie, ktrzy związani są z dwiema siostrami katechetkami i robią zakupy w lokalnych supermarketach, trzymając katechetki za rączki, pewnie też sądzą, iż sprzyja to duchowości młodzieży. Ksiądz Jankowski więc dlatego nie jest potępiany - a tylko wzbudza w nas nieco bezradny uśmiech rozczulenia nad ludzka głupotą (nie księdza Jankowskiego, ale tych, którzy mu wierzą) - bo już przywykliśmy do nowych standardów. Na świecie ksiądz Jankowski pewnie kariery by nie zrobił, ale nie dlatego, że uważano by jego postępowanie za niestosowne, lecz dlatego że nie jest aż tak bystry i dlatego że tam nie było "Solidarności". My jesteśmy w lepszej sytuacji, bo stać nas na księdza Jankowskiego. Jedni wzruszą ramionami, inni się trochę oburzą, jeszcze inni będą go wielbili bez zahamowań.
Anomia moralna, która przenika polskie społeczeństwo, pozwala mówić księdzu w telewizji, że każdy trunek zbliża do Boga. Nie zgodzę się, że ksiądz Jankowski tylko plecie. Sprawa jest poważniejsza, tu bowiem naprawdę pojawia się popularny ostatnio szatan. A Kościół hierarchiczny nie protestuje, jest bowiem bezradny, gdyż nie wie, co uczynić z takim sprowadzeniem ducha i wiary do piwa. Skoro przez lata w tysiącach prywatnych przypadków księży nie protestował, skoro obyczajowość, moralność, skromność i poziom poglądów moralnych tysięcy księży, rodzaj ich dowcipu podszytego seksualnym podtekstem, ich sposób dotykania kobiet, ich obrzydliwa, fałszywa słodycz i równie nie do zniesienia banalne kazania określają stan normalny polskiego Kościoła.
Oczywiście, ksiądz Jankowski to nie stan normalny - to stan nienormalny, ale miarę stanowi stan normalny, a ksiądz Jankowski w takim Kościele czuje się jak ryba w wodzie. Nie oskarżam polskiego Kościoła, jest w nim wielu wspaniałych księży i nieco biskupów, ale jak to jest możliwe, że w naszym Kościele jest jak w naszym państwie? Co się dzieje, każdy widzi, a krytyką nikt się nie przejmuje i nie przejmie, bo przecież krytykują tylko wrogowie.
Widzę oczami duszy - jak u Felliniego - casting na kelnerki przeprowadzany przez zebrany w całości polski episkopat. Żarty bezczelne sobie czynię? Oczywiście, ale nie na pewno. A jednak, chociaż na Bourbon Street było inaczej, przynajmniej wszystko było jasne.