Większość (najczęściej niestety zorganizowana przez partie polityczne) wybiera marszałka województwa, ale na tym klasyczna rola większości w samorządzie się kończy. Istnienie opozycji trwałej, stabilnej i nieprzejednanej przez całe cztery lata w samorządzie gminnym czy miejskim jest zatem niekonieczne, a nawet bezsensowne. Radni przecież wybierani niezależnie od wójta mają zawsze możliwość kwestionowania jego decyzji, znalazłszy większość doraźną.
O ile na poziomie ogólnokrajowym można mówić o partiach reprezentujących odrębne wizje programowe, światopoglądowe czy makrogospodarcze, o tyle na poziomie samorządu istnienie tak wyraziście sformułowanych i prezentowanych odrębności ma nikły sens. Decyzje samorządu dotyczą lub powinny dotyczyć spraw bardzo konkretnych, co do których radni mogą mieć różne zdania, ale nie ma powodu, by opinie te były zgodne z szerszą perspektywą polityczną. Decyzja, czy budować raczej drogę, czy raczej salę gimnastyczną (powtarzam ten przykład, bo spór taki jest mi znany), nie zależy od stałych poglądów politycznych, lecz od opinii na dany temat. Oczywiście, jak zawsze powstają grupy czy kliki (w opisowym, a nie pejoratywnym znaczeniu), ale wobec konkretnego pytania o to, na co wydatkować pieniądze, ich znaczenie powinno być nikłe. Powinno być, choć, jak wiemy, często jest poważne.
Warto przypomnieć przykład decyzji samorządów, które bywają śmieszne, ale i straszne. Chodzi o spory dotyczące nazywania ulic czy placów imieniem znanych osób. Znamy zarówno spory o utrzymanie nazwy ulicy (najczęściej według niektórych nazwy postkomunistycznej), jak i spory o nowe nazwy. W takich momentach radni w gruncie rzeczy przekraczają swoje uprawnienia, a jedynym dobrym sposobem rozwiązania jest albo zgoda na to, że do historii Polski czy regionu należą wszyscy wybitniejsi działacze, obojętne, czy lewicowi, czy prawicowi, albo ogłaszanie wiejskiego czy dzielnicowego referendum. Radni nie mają bowiem prawa decydować o tym, czy Karol Świerczewski był zdrajcą, a Jacek Kuroń – bohaterem. Takich decyzji nikt nie podejmie raz na zawsze, a jedynymi uprawnionymi są historycy.
Opozycja w ramach rady, jeżeli jest opozycją przeciwko lokalnej władzy wykonawczej, czyli wójtowi, burmistrzowi, prezydentowi, ma sens tylko wtedy, kiedy jest opozycją odwołującą się do całokształtu dokonań szefa władzy wykonawczej. Nie ma sensu, jeżeli wynika z niezgody na jedno czy kilka konkretnych działań lub decyzji. Takie bowiem działania lub decyzje podlegają dorocznej akceptacji przez radnych i łatwo je wtedy wytknąć, a nawet doprowadzić do zmiany władzy wykonawczej. Jeżeli jednak oprócz chybionych decyzji mamy do czynienia z nepotyzmem czy wręcz podejrzeniem o nieprawidłowości w wydatkowaniu pieniędzy czy przetargach, to radni mają kilka sposobów na ukrócenie takiego postępowania lub wyjaśnienie takich podejrzeń. Dysponują (teoretycznie) wglądem we wszystkie dokumenty, a ponadto jest regionalna izba obrachunkowa, prokuratura, Naczelna Izba Kontroli i jest – w ostateczności – referendum.
Reklama
Istnienie opozycji samorządowej nie powinno zatem, w żadnym przypadku, stanowić odzwierciedlenia wzorów z poziomu państwa. Cała zaleta samorządu polega przecież na tym, że jest samorządem, a nie rządem, czyli że działa w imieniu i dla konkretnych obywateli, a nie dla mniej lub bardziej abstrakcyjnego interesu państwa.