W listopadzie 2004 r. władze sfałszowały wybory prezydenckie na korzyść ówczesnego premiera Wiktora Janukowycza. Zwolennicy Wiktora Juszczenki nie zamierzali dać za wygraną i zebrali się w centrum Kijowa. Protesty miały pokojowy charakter, a komendy wydawane ze sceny na Majdanie znajdowały posłuch. Mimo to władze zastanawiały się nad opcją siłową.
– – opowiadał na łamach dziennika „Silśki Wisti” ówczesny szef parlamentu Wołodymyr Łytwyn. Tylko dwie osoby miały wówczas możliwość wydania podobnego rozkazu: odchodzący prezydent Łeonid Kuczma i szef rządu Wiktor Janukowycz.
Ale Kuczma nie chciał ochodzić do historii jako człowiek z krwią na rękach. "New York Times" przytoczył kłótnię Kuczmy z Janukowyczem, do jakiej doszło przy świadkach. Premier zażądał od prezydenta przekazania sobie władzy i wprowadzenia stanu wyjątkowego. – – miał mu odpowiedzieć Kuczma. – – dopytywał szef państwa. Odpowiedziało mu milczenie. – – podsumował Kuczma. Janukowycz rzucił długopisem i wyszedł – relacjonował "NYT".
Ostatecznie jednostki wysłane już z koszar na Majdan wróciły do garnizonów, z dachów domów wokół placu zniknęli snajperzy. Oficjalnie do dziś nie wiadomo, od kogo wyszedł rozkaz ogłoszenia alarmu bojowego, który ostatecznie dotarł do dowódcy wojsk wewnętrznych gen. Serhija Popkowa. Tropy prowadzą do Janukowycza. – – przekonywał Łytwyn w rozmowie dla Radia Era, przytaczanej w książce "Pomaranczewa rewolucija" Stanisława Kulczyckiego.
– – mówił Kuczma w orędziu do narodu 26 grudnia 2004 r. Według Kulczyckiego Janukowycz potraktował ugodowość prezydenta jako zdradę. Wysyłając Berkut na manifestantów – we własnym rozumieniu – naprawia błąd własnego obozu sprzed dekady.