Mówi pani o sobie, że jest feministką.

Mówię. Choć to słowo jest u nas różnie interpretowane. Kiedy mężczyzna mówi, że jest feministą, to uważany jest za wspaniałego, mądrego i odważnego. Już dawno zorientowałam się, że mój mąż deklarujący feminizm jest traktowany przez kobiety jak bohater. Ale kiedy kobieta mówi, że jest feministką, to i kobiety, i mężczyźni patrzą na nią z przerażeniem, strachem, nawet odrazą. To pewnie wpływ polityki i konserwatywnych postaw. Dla mnie to szokujące, bo słowo feminizm pochodzi od łacińskiego słowa kobieta, i dla mnie oznacza nie tyle walkę, ile równe traktowanie. Feminizm ma teraz konotacje polityczne, lewackie. Kilkukrotnie tego doświadczyłam. Ktoś mówi: "Kozierowska to feministka". Ktoś inny: "Jak to feministka? To znaczy, że jest za aborcją na żądanie?". Jestem przerażona tym, że feminizm kojarzony jest przede wszystkim z aborcją.

Na ostatniej Manifie, która przeszła ulicami Warszawy tydzień temu, na wielu transparentach były hasła dotyczące właśnie aborcji.

Mam mamę ginekologa, która wykonywała zawód również za czasów komuny – aborcja była wówczas środkiem antykoncepcyjnym. Jestem przeciwniczką aborcji na życzenie. Taki zabieg powinien ratować życie i zdrowie kobiety, być stosowany ze względu na wskazania medyczne, w sytuacji czynów haniebnych czy też dawać matce wybór urodzenia lub nieurodzenia skazanego na ciężką chorobę dziecka. Gdybym była lekarką, to nie chciałabym być zmuszona do przeprowadzania zabiegu aborcji w trzecim miesiącu ciąży. Myślę, że psychicznie bym tego nie zniosła. Mówię tu o moich uczuciach.

Jest pani zwolenniczką lekarskiej klauzuli sumienia?

Nie. Mówię o tym, że dla mnie feminizm to nie aborcja na życzenie. Uważam, że antykoncepcja powinna być dostępna i bezpłatna – dla kobiet i mężczyzn. Podobnie z tabletką „dzień po”. Ale mówię za siebie. To moje opinie i moje uczucia.

Ale ma pani wpływ na wiele kobiet.

Jednak to nie są sprawy, którymi się na co dzień zajmuję.

Zajmują się nimi inne feministki.

One walczą – i dobrze. Ja działam u podstaw.