Ks. Marek Chrzanowski, orionista, rekolekcjonista, duszpasterz, odpowiedzialny za Instytut Życia Konsekrowanego dla dziewcząt i kobiet. Autor zbiorów opowiadań, medytacji, 10 tomików poezji i 2 powieści. Dwa lata temu zachorował na raka. W swojej najnowszej książce "Przeżyć, by żyć" opowiada m.in. o szoku i kłótni z Bogiem, walce o życie i cudzie uzdrowienia.

Jak wygląda dobra spowiedź?

Na pewno powinna być poprzedzona głębokim namysłem, dobrą modlitwą i fajnym rachunkiem sumienia.

Fajnym, czyli jakim?

Każdy, kto sam przed sobą przyzna się do swoich słabości, dobrze wie, czego mu potrzeba, co mu w życiu dokucza, przeszkadza, w czym zawala i obraża Boga. Dobry rachunek sumienia to nie tylko ten, w którym dostrzegam swoje słabości, ale i taki, który mówi, co jest we mnie mocne, szlachetne. Chodzi o to, by spowiedź nie była tylko wyznaniem grzechów, ale refleksją nad sobą. Nad tym, co jest dla mnie ważne w życiu, w sensie duchowym. Negatywy nie są pełnią prawdy o człowieku. Oprócz grzechów i upadków, są we mnie zwycięstwa, jest szarpanie się i walka, ale też piękno dziecka Bożego.

Mimo to boimy się spowiedzi. Dlaczego?

Może dlatego, że nie przeżyliśmy pięknej spowiedzi. Traktujemy ją jako obowiązek na święta i nigdy nie mieliśmy czasu na dobrą spowiedź. Nie tylko my, ale i spowiednik.

Wina leży po obu stronach?

Bywa, że do konfesjonału stoi kolejka, zwłaszcza przed świętami i podczas rekolekcji. Ksiądz głośno mówi kazanie, organista fałszuje. Ludzie stoją w kolejce, podchodzą, szybko wyznają grzechy, jakby chcieli jak najszybciej je z siebie wyrzucić. Ksiądz też się spieszy, bo chce zdążyć wyspowiadać jak najwięcej osób. Mówi krótką myśl, daje pokutę, rozgrzeszenie. Ten obraz spowiedzi, która trwa dwie, trzy minuty trwa w nas od lat. A piękna spowiedź, o której mówiłem, może być długą, ciekawą rozmową.

Ma ksiądz na to swój sposób?

Kiedy widzę, że ktoś ma problem, chce porozmawiać, a nie ma możliwości na to w danej chwili, bo właśnie za plecami jest ta kolejka, proponuję inny termin.

I co? Takie osoby przychodzą?

Tak, bardzo często. To jest łaska zarówno dla tego, kto przychodzi, jak i dla mnie, spowiednika. Mogę się wtedy skoncentrować. Prawdę powiedziawszy przy każdej spowiedzi chciałbym mieć taki komfort.

Zdarzają się spowiedzi, podczas których ksiądz krzyczy, grozi? Wiele osób tak wspomina ten sakrament.

Nie wiem, jak robią inni, ja tego nie stosuję. Nie mam takiego doświadczenia zarówno jako spowiednik, jak i osoba, która również się spowiada. Spowiedź to moment, czas, kiedy człowiek czuje się szczególnie odpowiedzialny za słowo. Kiedy na kazaniu powiem głupotę, to być może znajdzie się ktoś, kto przyjdzie i powie, że ksiądz źle powiedział i sobie o tym podyskutujemy. W konfesjonale biorę odpowiedzialność za każde słowo, za drugiego człowieka, który przychodzi ze swoimi problemami, czy grzechami. Tu nikt nie opowiada o pogodzie.

Warto mieć stałego spowiednika?

Tak. Kto ma taką możliwość, ma komfort duchowy, wielką łaskę, bo to jest dla przeciętnego człowieka doświadczenie mało spotykane. Chociaż coraz częściej ludzie mają świadomość takiej możliwości i chcą mieć kierownika duchowego. Sami czują, że tego potrzebują. Wtedy człowiek przestaje być anonimowy. Bywa, że podczas spowiedzi nie mówię prawie nic, tylko słucham. Czasem to wystarczy, by osoba poczuła się dobrze, wyrzuciła z siebie coś, co ją bolało.

To znak naszych czasów?

Tak. Im bardziej jesteśmy otoczeni luksusami wirtualnej społeczności, tym bardziej jesteśmy samotni, tym bardziej potrzebujemy człowieka. Zastępujemy go urządzeniami i coraz bardziej brniemy w tę samotność, w skrytość. Serca mamy jednak te same, co kiedyś. Potrzeby w sensie duchowym, intelektualnym również.

Siedzenie z nosem w telefonie to grzech?

W wielu przypadkach może nim być. Albo inaczej - może być zalążkiem, by grzech stał się obecny. Zależy, wobec kogo się siedzi z tym nosem, w tym telefonie. Jeśli to rodzina, mama, tata, dzieci, gdzie każde siedzi przy swoim komputerze, czy telefonie albo małżeństwo, gdzie każde rozmawia z kimś innym, nie ze sobą, to tak.

I co dalej?

Jeśli nic z tym nie zrobię, nie przeciwstawię się temu, to może przejść w uzależnienie. Brak realnych kontaktów, pochłaniająca nas wirtualna rzeczywistość… Sam siebie redukuję, gdy zamiast porozmawiać z kimś w realu, wyrażam swoje opinie tylko i wyłącznie na forach internetowych. Pół biedy, jeśli są one pozytywne, gorzej, jeśli to wszechobecny ostatnio hejt.

Hejt to grzech?

Na temat hejtu mam tylko jedno zdanie. To jest zabijanie człowieka, niszczenie go. Nawet, jeśli ktoś ma poczucie, że dobrze robi, to i tak dobrze nie robi. Rzadko zaglądam do sieci. Ludzie potrafią sobie ubliżać, tylko dlatego, że zostaną do tego sprowokowani. Tak, jest to grzech.

Co roku w sieci przed Wielkanocą pojawia się nowa lista grzechów, z których współcześnie powinniśmy się spowiadać. Jest na niej m.in. oglądanie pornografii, mobbing, wyścig szczurów, czy nadmierne bogacenie się. To grzechy współczesnego świata?

Oglądanie pornografii to grzech współczesny, powszechny. Przez łatwość dostępu, która rozwala człowieka, ale rozwala też jego relacje z ludźmi. To przyczyna wielu tragedii w małżeństwie. Problemem jest też mobbing, czy wspomniany hejt. Nadmierne bogacenie się, czy pogoń za karierą, także mogą być grzechem. Ludzie nie mają w sobie takiego wyważenia, co jest normalnym zdobywaniem pieniędzy, uczciwym, a co wyścigiem szczurów. Nowe grzechy będą pojawiać się w zależności od tego, jakie słabości w człowieku są obecne, w którą stronę idą.

Z czego się więc spowiadać?

To pytanie stare, jak spowiedź. Najprostszą drogą do dobrej spowiedzi jest rachunek sumienia wedle siedmiu grzechów głównych. Pierwszym z nich jest pycha, na którą w swoim życiu rzadko zwracamy uwagę. Swoją pychę, uważanie się za lepszych od innych, usprawiedliwiamy dowartościowywaniem się, motywowaniem. Innym lustrem naszych słabości i grzechów jest 10 przykazań, które jeśli łamiemy, to tak naprawdę łamiemy siebie, swoje człowieczeństwo. Przykazania traktujemy wybiórczo. Każdy wie, że nie wolno kraść, zabijać, ale już potężne dyskusje toczą się na temat przykazania o cudzołóstwie. Przykazania Boże to są nie tylko drogowskazy do nieba, ale też ludzkiego szczęścia. Gdyby ludzie przestrzegali przykazania "Nie cudzołóż", o ile mniej by było zdradzonych miłości, nieszczęśliwych ludzi. Czy kobieta, która jest kochanką żonatego mężczyzny albo mężczyzna, który zdradza, gdyby postawili się na jej miejscu tej zdradzanej strony, czuliby się dobrze? Nie byłoby w nich upokorzenia? Czasem zdarza się, że takie kobiety albo mężczyźni mają miny triumfatorów. Po tym, co mówię, pewnie mnie zhejtują, ale jeśli się wybiera wiarę, to świadomie i konsekwentnie trzeba mieć odwagę żyć według jej prawd.

A nie jest tak, że wracamy do kościoła?

Niektórzy rzeczywiście budzą się z letargu. Powstają grupy charyzmatyczne, dyskusyjne, biblijne, wspólnoty, których człowiek potrzebuje, by poczuć się zintegrowanym z innymi.

O co chodzi w świętach, które już za chwilę?

O to, by dopuścić do głosu to, co w nas dobre, wrażliwe, bo zmartwychwstanie to tryumf życia, miłości, zwycięstwo nad złem i śmiercią.

Gdy ksiądz chorował wkurzał się na Boga?

Miałem jedną taką noc. Gdy dowiedziałem się, że zostało mi kilka tygodni życia, kiedy kłóciłem się z Bogiem, modliłem, płakałem, zadawałem Panu Bogu trudne pytania. Na szczęście drugiej takiej nie było. Gdy wstał dzień, zobaczyłem maleńki obrazek Bożego Miłosierdzia i powiedziałem "Jezu, ufam Tobie". Zapaliłem Mu zielone światło, żeby mógł do mnie dotrzeć, także ze Swoim uzdrowieniem. Zaufać Bogu w tym trudnym momencie, to dać mu szansę, żeby czynił cud, żeby przyniósł nie tylko wewnętrzny pokój, ale zrobił coś, co przekracza ludzkie wyobrażenia.

Księdzu było łatwiej, bo jest… księdzem.

Jestem przede wszystkim człowiekiem. Wiele osób myśli, że jak ksiądz to z urzędu musi wierzyć. A ja też się boję. Gdy zachorowałem to jako człowiek, nie ksiądz. Tak samo mnie bolało, kapłaństwo nie chroni przed niczym. Czy było mi łatwiej? Wierzę w Boga od początku swojego życia. Bo gdy się urodziłem miałem wylew krwi do mózgu, Bóg musiał mnie trzymać przy życiu, czynić cuda. Śmieję się, że tak się do tego przyzwyczaił, że do dziś mnie tak prowadzi.

Jak wyglądały te księdza kłótnie z Bogiem?

Kopałem w kaloryfer! To pomagało mi wyrzucić emocje, uspokoić się. Może chciałem, żeby Bóg bardziej mnie usłyszał? Nawet wtedy, gdy wkurzałem się na samego siebie, też kopałem albo, gdy polska drużyna straciła bramkę, bo jestem zagorzałym kibicem. Polskiej drużyny, łódzkiego Widzewa, czy wszystkich drużyn, w których grają Polacy.

Ksiądz pisze książki.

Zacząłem pisać gdy miałem 12 lat i leżałem w szpitalu w Konstancinie. Potem pisałem wiersze w liceum i jak byłem klerykiem w seminarium. Tak samo było, po moich święceniach, gdy już zostałem księdzem. Przez długie lata te wiersze wkładałem do głębokiej szuflady i nigdy nie myślałem, żeby je stamtąd wyjąć. Tak było, aż do momentu , gdy wpadli do mnie znajomi i zaczęliśmy rozmawiać o swoich pasjach. Powiedziałem im, że piszę. Zwinęli mi te wiersze i wydali pierwszy tomik bez mojej wiedzy czyli zrobili prezent. Okazało się, że te wiersze potrafią trafić do innych ludzi; że potrafią ich wzruszyć i wycisnąć łzy.

Książka "Przeżyć, by żyć" to zapis choroby?

Tak to się zaczęło. Kiedy Patrycja Michońska przyszła słuchać moich opowieści do szpitala, patrząc na mnie, doznała presji pośpiechu. Nie mieliśmy pewności, czy w ogóle ją dokończymy. 80 proc. tej książki to nagrania ze szpitala, wtedy, gdy nie wiedziałem, że Jezus mnie uratuje. Epilog został dopisany, gdy wyzdrowiałem.

To był jakiś konkretny dzień, to uzdrowienie?

Tak. 12 czerwiec ubiegłego roku. Zanim ten dzień nadszedł miałem ciężką operację chirurgiczną, dwie bardzo trudne chemioterapie. Byłem podczas nich blisko śmierci. Przeszedłem jeszcze radioterapię. Na koniec zrobiono mi prześwietlenie, które wykazało że nowotwór jest dalej we mnie. Zagraża mojemu życiu. A potem stało się coś co jest po ludzku niewytłumaczalne. Właśnie 12 czerwca zrobiono kolejne prześwietlenie i okazało się, że guz zniknął. Chociaż jeszcze poprzedniego dnia był! 12 czerwca przypada liturgicznie wspomnienie błogosławionego ks. Franciszka Drzewieckiego, orionisty który zginął w Dachau. Miał 33 lata. Od początku mojej choroby współbracia i siostry w zgromadzeniu modlili się o cud uzdrowienia właśnie za wstawiennictwem ks. Franciszka Drzewieckiego.

Do kogo się modlić w najtrudniejszych chwilach?

Przede wszystkim do Boga, ale każdy z nas ma swoje podpórki, patronów. Nie chcę nikomu narzucać, kto to ma być. Trzeba po prostu wyczuć, do którego świętego nam najbliżej. Przypomina mi się usłyszany we Włoszech dowcip. Kobieta rzuca się z 10. Piętra. Gdzieś w połowie spadania przychodzi jej do głowy refleksja: "św. Antoni, ratuj!". Nagle ktoś ją łapie, ona się cieszy. Ale słyszy głos, który pyta: "Który Antoni". Odpowiada, że ten z Padwy. "O, przepraszam, to nie ja" – odpowiada głos i puszcza kobietę.

Chce ksiądz powiedzieć, że trzeba wybrać konkretnie?

Niekoniecznie. Wszyscy święci się nami opiekują, a który tam gra pierwsze skrzypce, to tylko Bóg i sam święty wie.