Ta sprawa wyraźnie uwidacznia kryzys zaufania. Po pierwsze do narracji zaproponowanej przez partię rządzącą. Prawo i Sprawiedliwość nie wygrało dwojga kolejnych wyborów parlamentarnych, odwołując się do elit, pracodawców i osób, które po transformacji ustrojowej jednoznacznie poprawiły swój standard życia. Ugrupowanie zyskiwało poparcie, bo zapowiedziało walkę o interesy słabszych – pracowników, rodzin wielodzietnych, osób starszych. I trzeba przyznać, że ten cel w znacznej mierze PiS zrealizował – wprowadził liczne transfery socjalne, obniżył wiek emerytalny, wprowadził minimalne wynagrodzenie dla samozatrudnionych i zleceniobiorców. Trudno więc wytłumaczyć, dlaczego partia na czele resortu, który symbolizuje te zmiany, postawiła osobę, której przeszłość jako pracodawcy budzi tak istotne wątpliwości. Nie chodzi tu już tylko o naruszenie art. 251. Już samo to, że była dyrektor LO przez osiem lat zatrudniała osobę na umowach na czas określony, nie budzi do niej zaufania. Podobnie jak tworzenie spółdzielni oświatowej po to, aby przejęła prowadzenie samorządowej dotychczas szkoły. To raczej działania charakteryzujące tych, którzy sprytnie wykorzystują znajomość prawa, by maksymalizować zyski. Oni na PiS raczej nie głosują.

Dużo istotniejszym problemem może być kryzys wiarygodności instytucji państwa. Resort pracy to nie wyspa. Obowiązki jego szefowej nie ograniczają się do otwierania kolejnych żłobków w asyście fotoreporterów lub tweetowania, ile to już środków udało się wydać w ramach 500+ lub wyprawki szkolnej. Osoba kierująca tym resortem musi też np. usiąść przy jednym stole ze związkami zawodowymi i organizacjami pracodawców (najczęściej w Radzie Dialogu Społecznego) i starać się wynegocjować najlepsze rozwiązania prawne dla obu stron, godzić ich stanowiska, uzasadniać decyzje rządu. Trudno sobie wyobrazić, jak związki zawodowe mają usiąść do tego stołu i prowadzić negocjacje z osobą, która w okresie, gdy sama była pracodawcą, zawarła z pracownikiem osiem umów na czas określony. Oczywiście związkowcy też mają interesy i w imię ich obrony mogliby "przymknąć oko” na niewygodne fakty. Problem w tym, że na praktyki obecnej pani minister oka przymknąć się nie da. Ograniczenie nadużywania umów na czas określony zawsze było jednym z priorytetów wszystkich działających w Polsce central związkowych. Mają teraz udawać, że to dla nich żaden kłopot?

Podobny problem dotyczy Państwowej Inspekcji Pracy. W ubiegły czwartek PIP oświadczyła, że kontrola przeprowadzona w Liceum Ogólnokształcącym w Ostrowie Wielkopolskim nie wykazała naruszenia kodeksu pracy przez Marlenę Maląg. Po naszej wczorajszej publikacji ("Jak inspekcja kręci w sprawie minister”, DGP nr 227/2019 r.) inspekcja wydała obszerne, ale mało przekonujące wyjaśnienie. W uproszczeniu sugeruje ono, że co prawda DGP była w posiadaniu dokumentów dotyczących kontroli w ostrowskim LO (wcześniej fakt ten kwestionowano, w czym prym wiodło Ministerstwo Pracy), ale nie wszystkich. A minister nie złamała prawa pracy, bo zatrudniała pracowników na czas określony na podstawie Karty nauczyciela. To kolejne oświadczenie nie daje nawet grama odpowiedzi na podstawowe pytanie: dlaczego inspektor pracy jednoznacznie uznał, że zawieranie w przypadku pracownika umów czasowych od 1 września 2006 r. (a więc w czasie, gdy to Marlena Malag była dyrektorem LO) stanowiło naruszenie art. 251 kodeksu pracy. I wystąpił do pracodawcy o zawarcie umów na czas nieokreślony. Przypominamy jednocześnie, że z dokumentów PIP (opublikowanych przez DGP) dotyczących jednego z pracowników, wobec których naruszono przepisy, wynika, że sam pracodawca (LO) jako podstawę zatrudnienia wielokrotnie wskazywał kodeks pracy, a nie Kartę nauczyciela. PIP sugeruje też nieprawdziwe twierdzenia w tekstach DGP. Wskazuje np., że "nie jest prawdą, aby z jakiegokolwiek ustalenia Państwowej Inspekcji Pracy wynikało, że p. Marlena Maląg w czasach pełnienia funkcji dyrektora Spółdzielni Oświatowej i wchodzących w jej skład jednostek oświatowych ponosiła odpowiedzialność za naruszenie przepisów prawa dotyczących nauczycieli”. DGP w żadnym z materiałów tego nie sugeruje.

Tak silna obrona minister ze strony centrali PIP podaje w wątpliwość zaufanie do tej instytucji. Celem jej funkcjonowania jest ochrona praw pracowniczych i nadzór nad przestrzeganiem prawa pracy, a nie obrona członków rządu. Inspektorzy muszą zachować apolityczność – taki obowiązek nakłada na nich ustawa o PIP. Zatrudnieni powinni mieć świadomość, że jeśli w firmie odbywa się kontrola, to rzetelnie zweryfikuje ona, czy w jednostce dochodziło do naruszenia prawa pracy. Coraz trudniej zachować takie zaufanie. Także ze względu na decyzje obecnego kierownictwa PIP, w tym np. zatrudnienie w głównym inspektoracie czynnych polityków partii rządzącej, np. Grzegorza Nieradki, który jest radnym z ramienia PiS w powiecie krośnieńskim. Intratne stanowiska w inspekcji uzyskały też osoby bez doświadczenia pracy w PIP, ale wywodzące się z Podkarpacia, z którego pochodzi też sam główny inspektor pracy Wiesław Łyszczek („PIP – Praca i Przyjaciele”, DGP nr 120 z 2019 r.). Dla wybranych pracowników zorganizowano nawet przyspieszoną, zaoczną aplikację inspektorską.

Sprawa minister Maląg budzi też wątpliwości wobec rządzących w kwestii tego, jak weryfikują osoby, które mają zajmować wysokie stanowiska państwowe. Trudno się oprzeć wrażeniu, że w przypadku obecnej szefowej resortu nikt nie sprawdził wnikliwie, czym dokładnie zajmowała się wcześniej i jakie decyzje – w stosunku do pracowników – podejmowała w okresie, gdy pełniła funkcję pracodawcy. A przede wszystkim – czy jej dotychczasowy dorobek daje gwarancję, że będzie w stanie pełnić wymagającą funkcję, jaką jest stanowisko minister pracy. Nie chodzi w tym miejscu bynajmniej o porównywanie do innych osób zajmujących najwyższe stanowiska publiczne. Informacje o działalności np. szefa Najwyższej Izby Kontroli mają dużo istotniejszy charakter niż to, w jaki sposób obecna minister rodziny zarządzała pracą szkoły. Chodzi jednak o samą praktykę. O tryb wyłaniania osób, które mają wpływ na warunki, w jakich żyją obywatele. Po raz kolejny się okazało, że ktoś chyba czegoś nie sprawdził lub komuś zabrakło wyobraźni. Albo po prostu trzeba było szybko podjąć decyzję i nie było czasu na rzetelną weryfikację. Do takich sytuacji pasuje chyba określenie "państwo z tektury”. Nadwerężone zaufanie do instytucji bardzo trudno będzie odbudować. Szczególnie wówczas, gdy rządzący zapomną o etosie i etyce na stałe.