Protestowałem, bo uważałem, że dowcipy o blondynkach bezpodstawnie degradują je w oczach opinii publicznej. Czy ci, którzy głośno śmieją się z blondynek, pomyśleli kiedykolwiek o społecznych skutkach swoich żartów? Wszak swym wyśmiewaniem się tworzą z nich ludzi czwartej kategorii! I oburzałem się zwykle, ilekroć ktoś zaczynał: "Opowiem ci świetną historię o blondynce". Tak było do wczoraj. Do 6 grudnia 2007 r.

Wystarczyła jedna inicjatywa znanej telewizyjnej blondynki Patrycji Koteckiej, aby wyprowadzić mnie z błędu, w jakim dotychczas żyłem. W jednej chwili zrozumiałem, że te wszystkie nieprawdopodobne pomysły, jakie mają blondynki, a które później krążą już jako dowcipy, są naprawdę możliwe.

Wiedziałem, że Patrycja Kotecka ma niepowtarzalny sposób widzenia najróżniejszych spraw i rzeczy. Że dokonywany przez nią zakres manipulacji informacjami w telewizji publicznej zdecydowanie narusza przyjęte w cywilizowanym świecie normy, a także standardy rzetelnego dziennikarstwa. Nie spodziewałem się jednak, że jej "blondyzm" zaprowadzi ją w świat absurdu. Na pogranicze groteski zmieszanej z autentyczną grozą.

Bo pytanie, czy można technicznie zablokować przekaz telewizyjny obcej stacji jednym pstryknięciem palców, wzbudza pusty śmiech. Ale straszniejsza jest myśl, że gdyby Kotecka taką możliwość miała, zrobiłaby to naprawdę. Pozostaje tylko nadzieja, że taka blondynka jest w Polsce tylko jedna.