Wiadomo, że między Lechem Kaczyńskim a Donaldem Tuskiem są i będą różnice. Sami zresztą o tym mówią. Ale po środowym spotkaniu mówią już o nich innym językiem. To duża jakościowa zmiana.

Przecież jeszcze parę dni temu dochodziło wręcz do śmiesznych i kompromitujących sytuacji. Z jednej strony - wymachiwanie przez ministra Kamińskiego faksem z MSZ. Z drugiej strony, byłam zdumiona, że szef dyplomacji nie pojechał na spotkanie z prezydentem, tłumacząc się nieformalnym posiedzeniem rządu. Nie było to posiedzenie, z którego minister spraw zagranicznych nie mógłby zrezygnować na rzecz godzinnego spotkania z głową państwa.

Obie strony chcą zbadać, do czego mogą się posunąć w nowej, powyborczej sytuacji politycznej. Ale to, że pierwszym pretekstem stała się polityka zagraniczna, było fatalne dla polskiej racji stanu. Po środowym spotkaniu jestem o politykę zagraniczną spokojniejsza. Nie ma co prawda zgody na przykład w kwestii tarczy antyrakietowej czy Iraku. Widać jednak, że prezydent i premier starają się porozumieć, by na zewnątrz mówić jednym głosem.

Jeśli chodzi o sprawy wewnętrzne, nie oczekuję, że rząd i prezydent będą się kochać, mimo deklaracji Donalda Tuska o wszechogarniającej miłości. Z pewnością będą punkty sporne, ale nie ma w tym nic dziwnego. PiS będzie chciał umacniać swoją pozycję po porażce wyborczej. W perspektywie są dodatkowo wybory prezydenckie, w których prawdopodobnie rywalizować będą obaj politycy.