PSL raz po raz ogłasza, że jest przeciwne sztandarowym projektom PO. Chodzi na przykład o zmiany w finansowaniu partii, jednomandatowe okręgi wyborcze, podatek liniowy, czy bon oświatowy. Kiedy słyszę groźby ludowców, że nie poprą tych pomysłów, zastanawiam się, dlaczego oni w ogóle są w koalicji z Platformą.

Reklama

Niestety taka postawa PSL to dowód na to, że Stronnictwo staje się barierą w modernizacji kraju. Pokazuje też, że Waldemar Pawlak tak naprawdę w ogóle się nie zmienił. Nie zaskakuje mnie to.

Byłem bowiem jednym z tych, którzy nigdy nie ulegli jego rzekomemu czarowi. W czasie ostatniej kampanii wyborczej wielu dziennikarzy twierdziło, że przeszedł metamorfozę, dojrzał, dużo się nauczył, że to inny człowiek niż przed laty. Już wtedy twierdziłem, że to nieprawda i, jak się okazuje, miałem rację.

Może osądzam wicepremiera zbyt pochopnie, w końcu minęło dopiero 100 dni, ale mam wrażenie, że szef PSL słabo sprawdza się też jako minister gospodarki, a także jako ta osoba, która w rządzie miała odpowiadać za dialog społeczny. Przypomnę, że zabłysnął np. wycofaniem lekką ręką kary dla J&S.

Kiedy prezes Pawlak był premierem, sprawował władzę, zarządzając zasobami własnej partii - rozgrywał politykę partyjną poprzez rozdawanie stanowisk państwowych. To jest nadal jego główne zajęcie.

Pawlak jest dziś bardzo podobny do polityka, którego znamy sprzed lat, gdy ludowcy dwukrotnie tworzyli koalicję z SLD. Dziś jest on co prawda dużo cichszy niż wtedy, ale tylko dlatego, że PSL jest po prostu znacznie słabsze. W czasach wspólnych rządów z Sojuszem Lewicy Demokratycznej, Stronnictwo nie było zagrożone wymarciem. A teraz, na co wskazują sondaże, jest.

Gdyby nie Tusk, który, kierując się głównie interesem swojej formacji, podał mu rękę przed wyborami, PSL być może w ogóle nie weszłoby do Sejmu. Szef PO radził wówczas wyborcom: kto uważa, że jest mu na tyle obca idea liberalna, iż nie może na nas głosować, niech poprze PSL. Dzięki temu partia Pawlaka dostała niezły wynik i do Sejmu weszła.

Dzisiaj, kiedy - jak wskazują badania opinii publicznej - PSL jest zagrożone zniknięciem ze sceny politycznej, Tusk znowu wyciąga do niego pomocną dłoń. Deklaruje w wywiadach, że chce stałej, koalicyjnej współpracy z ludowcami. To jest jednoznaczne z powiedzeniem wszystkim działaczom tej partii: nie bójcie się, nie czeka was los Samoobrony i LPR, "zjedzonych" przez PiS.

W polityce nie ma sentymentów, dlatego uważam, że zabiegi Tuska mają na celu powtórzenie w przyszłości tego samego fortelu, który udał mu się w ostatnich wyborach. Szczególnie myśli pewnie o wyborach prezydenckich. Są one trochę inne niż parlamentarne - nie da się w nich powiedzieć: głosujcie na Pawlaka, bo to tak, jakbyście popierali mnie.

Jednak możliwe, że PSL pójdzie premierowi na rękę i poprze jego kandydaturę na prezydenta, bo partia, która cieszy się poparciem na poziomie 5 proc. może w ogóle nie chcieć wystawiać własnego kandydata. Lider Platformy liczy na to, że będzie tylko jedna tura wyborów prezydenckich i że zostanie w tej turze wybrany. Może mu się to udać, gdy zręcznie rozegra tę rundę, również z PSL.

Na przeszkodzie może mu stanąć to, że partia ludowców jest, jak wiemy, niespójna, a prezes ma w niej oponentów. Ale Tusk oczywiście zdaje sobie sprawę, że za takie poparcie coś będzie musiał PSL dać – być może będzie to teka premiera dla Pawlaka.

Trochę w to wątpię. Choć z drugiej strony, jak przyglądam się PO, to nie bardzo widzę tam kandydata na premiera po ewentualnym odejściu Tuska do Pałacu Prezydenckiego. Mówi się o Schetynie, ale tak naprawdę to nie byłby premier, lecz administrator. Uważam zresztą, że już z Tuskiem jest kłopot - nie jest on wizjonerem porywającym tłumy. Co dopiero Schetyna. Taki sposób pełnienia urzędu może wynikać z charakteru Tuska albo z jego założenia, iż będzie rządził inaczej niż Kaczyński, że będzie się charakteryzował spokojem i dobrotliwością.

PSL skarży się, że jest niedostatecznie informowane przez koalicjanta. Jednak jak dotąd Platforma traktuje swego partnera zdecydowanie bardziej fair i po partnersku niż PiS. Choć wyobrażam sobie, że PO, wzorując się na partii Kaczyńskiego, mogłaby chcieć „zlikwidować” PSL i przejąć jego elektorat. Byłoby to dla Platformy zbyt duże ryzyko. Obie partie są sobie po prostu potrzebne.