Z Adamem i Dybą Lachami rozmawia Magdalena Rigamonti

Reklama

Adam Lach jest dokumentalistą i twórcą wizualnym. Dyba Lach jest dokumentalistką i producentką

Polska jest PiS-owsko–PO-wska? Co zaobserwowaliście, tworząc "Rewizje”, fotografując i rozmawiając z ludźmi?

Adam Lach: 3,5 roku jeździliśmy po Polsce i nie jest ani PiS-owska, ani PO-wska.

Dyba Lach: Jest rozwalona na tysiąc kawałków. Na maleńkie cząsteczki. Nie ma Polski A i B, nie ma Polski katolickiej i lewackiej, nie ma konserwatywnej i liberalnej.

A.L.: Jesteśmy kalką Ameryki – rozkład na wiele części, niepozałatwiane sprawy z przeszłości plus mit patriotyzmu.

D.L.: A do tego polityka jest bardzo krępująca dla Polaków. W publicznej narracji przecież cały czas trzeba się określać, mówić, kim się jest, w co się wierzy i na kogo głosuje. Polska nie jest aż tak polityczna, jak się wydaje w Warszawie. Teraz, po latach jestem pewna, że ludzie w Polsce nie przejmują się tym, co się dzieje w stolicy.

A.L.: Pamiętam, jak 10 lat temu, po katastrofie smoleńskiej wszyscy tu w Warszawie przeżywaliśmy to, co się stało. Krakowskie Przedmieście pełne ludzi. A moja mama, która mieszka w Zielonej Górze, powiedziała, że tam tak ludzie tego nie przeżywają, to jest tylko w telewizji. Już wtedy mnie tknęło.

D.L.: Trzeba pamiętać, że nasz kraj jest scentralizowany tylko na poziomie urzędów, że z Warszawy wychodzą decyzje. A tak naprawdę jest bardzo rozdrobniony.

A.L.: I dlatego moja mama ma prawo powiedzieć: wszystko dzieje się tam, u was. Ona nie czuje związku.

D.L.: Dobrze to widać na przykładzie powstania warszawskiego. W Warszawie wszyscy myślą, że cała Polska przeżywa rocznicę jego wybuchu. Od dzieciństwa wiedziałam o nim wiele, byłam w podstawówce i gimnazjum im. Żołnierzy Armii Krajowej Grupy Bojowej „Krybar” i cała nasza uczniowska tożsamość była budowana właśnie na micie powstania. Kiedy trafiłam do liceum i historyczka miała do niego trochę bardziej sceptyczny stosunek, to nie mogłam skumać, o co jej chodzi.

D.L.: Nie ma czegoś takiego jak polska wspólnota. I naprawdę trudno znaleźć takie miejsce, w którym ludzie czują się wspólnotą w sensie ogólnopolskim. Opolszczyzna, Dolny Śląsk, Warmia i Mazury, Podlasie to miejsca, w których ludzie bardziej myślą o tym, co wokół nich, blisko, niż o tym, co w Polsce.

Które regiony są najbardziej polskie?

D.L.: Te, w których nie ma lokalności. Bieszczady na przykład. Tam jest absolutna mieszanka. Natomiast tam, gdzie jest folklor, gdzie jest kultura lokalna, nie istnieje coś takiego, jak patriotyzm polski, ogólnopolski. On jest po prostu niepotrzebny. Jak się ma za co złapać, to się to trzyma, bo to jest nasze i tylko nasze. Narodowość jest pojęciem abstrakcyjnym, tak naprawdę nie istnieje. Dlatego ludzie, którzy mają coś lokalnego, trzymają się tego kurczowo.

Ale takich rejonów prawie w Polsce nie ma.

Reklama

D.L.: Są. Jest Śląsk.

Dla wielu Śląsk to nie Polska.

D.L.: I Kaszuby też nie Polska.

A.L.: Kaszubi są zalegalizowani, a Ślązacy nie. Do Ślązaków się przymila, kiedy są politycznie przydatni. Co nie znaczy, że z sukcesem.

CZYTAJ WIĘCEJ W NAJNOWSZYM WYDANIU DGP>>>