W "Czasie wrzeszczących staruszków" Rafał Ziemkiewicz stawia tezę, że Adam Michnik i jego adwersarze w politycznym sporze tkwią mentalnie w minionej dekadzie, choć rzeczywistość wokół nich diametralnie się zmieniła. Jeśli ktoś miał co do tego wątpliwości - przynajmniej co do naczelnego "GW" - straci je niechybnie po lekturze tekstu o Wałęsie. A właściwie o strasznych braciach Kaczyńskich, bo o tym tak naprawdę jest artykuł.

Michnik zapełnił niemal trzy kolumny wywodami, które w minionych bezpowrotnie czasach musiałyby mieć siłę gromu, posyłając negatywnych bohaterów tekstu na śmierć cywilną. Dziś nadają się głównie jako egzemplum dla studentów dziennikarstwa, jak nie pisać publicystyki, aby nie narażać się na kpiny.

W tym momencie pojawia się nutka współczucia. Jak osamotniony musi być człowiek, który dzisiaj pisze tekst tak samo, jak pisał go 10 lat wcześniej, gdy miał status niekwestionowanego superautorytetu? Przywykł, że jednym komentarzykiem - a co dopiero kobyłą taką jak omawiany artykuł - wysyłał ludzi poza nawias. I wydaje mu się, że cały czas powinno być tak samo. Przecież w tekście znalazła się odpowiednia dawka moralnego oburzenia, podpisał go osobiście, więc co się, u licha, dzieje, że mechanizm nie działa? A może nikt tego redaktorowi nie wytłumaczył, a nawet nie zasygnalizował? Może w redakcji "Gazety" pamiętają piosenkę Wojciecha Młynarskiego: "Po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy"?

Tekst Michnika napisany jest w charakterystycznym, niemożliwym do podrobienia stylu najwyższego, stratosferycznego wręcz moralnego uniesienia. To specyficzna mieszanka retoryki w stylu Władysława Gomułki z nieudolnym naśladownictwem poetyki Adama Mickiewicza. Z adwersarzami nie podejmuje się merytorycznej dyskusji, tylko miesza się ich z błotem. Ale w jakim stylu! Towarzysz Wiesław wiele mógłby się nauczyć. Nie można nie zacytować paru kawałków - może będzie to zachęta do lektury całości, naprawdę warto.

"Dlatego będę nieodmiennie uważał za pętaków tych małych ludzi, którzy nieomylnie wyczuwają dobrą koniunkturę dla łajdactwa. W swej mniemanej cnocie, w której widzą przywilej dla polowania na cudze grzechy, polubili kondycję psów gończych, które kąsają, a potem wytykają ukąszonemu otwarte rany". "Ileż w tym głupiego, niepotrzebnego okrucieństwa, którego celem jest znieważanie ludzi; ileż tu złośliwej satysfakcji z krzywdzenia i poniżania innych". "Pętaki ruszyły do czynu. Psy gończe zostały spuszczone ze smyczy. Nieszczęsne psy gończe niegodnych myśliwych. Pętaki są wreszcie w swoim żywiole - mogą bezkarnie plugawić dobre imię gigantów życia publicznego, kultury czy nauki". I tak dalej w ten deseń. Poziom zadęcia jest tak niebotyczny, że można mieć wątpliwości, czy Michnik nie napisał przypadkiem parodii własnego tekstu. Choć o takie poczucie humoru trudno go posądzać.

Żeby było jasne: w tekście nie pojawiają się żadne merytoryczne argumenty. Ponad 700 stron twardych naukowych dowodów, zawartych w książce "SB a Lech Wałęsa" naczelny "GW" kwituje stwierdzeniem: "Autorzy są marnymi prokuratorami i nieporadnymi historykami. Są - moim zdaniem - nierzetelni; nie rozumieją epoki, o której piszą; nie próbują zrozumieć niekonwencjonalnej osobowości Lecha Wałęsy ani też osobowości funkcjonariuszy SB". Na czym konkretnie polega nieporadność, niezrozumienie epoki oraz jak w książce naukowej miałaby wyglądać analiza "niekonwencjonalnej osobowości" Wałęsy lub tym bardziej funkcjonariuszy SB - nie wiadomo.

Michnik strasznie się stara zmiażdżyć adwersarzy, ale nie jest już w stanie wydać ryku. Pozostaje tylko jakieś budzące litość pomiaukiwanie, wtórne i nieświeże - i tu po raz drugi robi mi się żal naczelnego "GW". Czytamy więc, że archiwa SB to "rupieciarnia, śmietnik" i że "nie mogą być źródłem autentycznej wiedzy o człowieku", a opowiadanie prawdy historycznej to "pośmiertne zwycięstwo SB". Nazywanie jakichkolwiek archiwów, choćby najbardziej zbrodniczego systemu, "rupieciarnią", to oczywisty absurd. Musiałoby to prowadzić do wniosku, że historię należy pisać jedynie na podstawie archiwów systemów szlachetnych i demokratycznych, a zatem zaczynałaby się gdzieś dopiero po I wojnie światowej.

Reklama

Być może tekst o Wałęsie nie był po prostu pisany od zera. Za Peerelu krążyła jako dowcip tabelka, według której można było zestawić z gotowych fraz przemówienie partyjne na dowolny temat. Wygląda na to, że naczelny "GW" ma na podorędziu podobną ściągę, a w dobie komputerów zestawienie odpowiedniego tekstu staje się jeszcze prostsze. Control C, control V i po sprawie.

Jest w tekście stwierdzenie szczególnie uderzające: "W całej tej opowieści o Lechu Wałęsie, którą powtarzacie, choćby to wszystko naprawdę się wydarzyło, mimo to jest to nieprawda". Brzmi to doprawdy rozpaczliwie. Trudno nie wyobrazić sobie w tym momencie, jak zaczerwieniony ze złości Adam Michnik stoi pod drzwiami IPN i z wściekłością tupie nóżką, pokrzykując: "Nieprawda, nieprawda, nieprawda!". I jak tu nie żałować człowieka? Od czasu do czasu pod urzędami publicznymi demonstrują jacyś rozwichrzeni i jakby nie całkiem przytomni obywatele, przekonując, że dybie na nich unijno-żydowsko-kosmiczna mafia. Swoim tekstem Michnik dołączył do grona tych demonstrantów. Nie wolno ich przeganiać. Należy im się współczucie, opieka i kubek gorącej herbaty.

Jeśli ktoś oczekiwał symbolicznego końca Adama Michnika jako guru pewnego środowiska (tzw. "ludzi przyzwoitych" z własnego mianowania), to sugeruję, żeby uznał za takowy tekst sobotniej "GW". To bowiem tekst weterana - zmęczonego, oderwanego od rzeczywistości, powtarzającego się. Oto modelowy przykład "wrzeszczącego staruszka", który troszkę się pogubił, nie bardzo rozumie, co się wokół dzieje, mnie w palcach rąbek starego płaszcza i mamrocze na okrągło jakieś dawno przebrzmiałe frazesy. Nawet własna rodzina już za bardzo nie słucha, ale jeszcze nie odsyła go do domu starców z szacunku dla siwych włosów. A niech tam sobie dziadunio pokrzyczy, może mu ulży. Na zdrowie.