Odpowiedzią na to pytanie Gruzja może zaskarbić sobie przychylność świata albo zrazić do siebie wszystkich, jeśli Rosjanie zdołają przekonać społeczność międzynarodową, że Gruzini to nieobliczalni samobójcy, którzy lekkomyślnie rozpętali wojnę z dużo silniejszym przeciwnikiem

Konflikt między Rosją i Gruzją narastał od wielu lat, a w ostatnich miesiącach szybko przybierał na sile. Punktem zwrotnym był szczyt NATO w Bukareszcie, w czasie którego odmówiono Gruzji członkowstwa w NATO. Trzeba przyznać, że choć kraje wschodnioeuropejskie, które wiedzą doskonale jak nieobliczalna może być Rosja, wspierały Gruzję w jej staraniach. A jednak sprawdziły się przewidywania, że pozostawienie Gruzji poza NATO będzie interpretowane przez Rosję jako zielone światło dla jej działań na Kaukazie. To właśnie ustępstwa na rzecz Rosji doprowadziły do wojny w Gruzji. Nie bez winy są ci, którzy twierdzili, że za wszelką cenę nie możemy dopuścić do rozdrażniania Rosji. Okazuje się, że ta polityka ustępstw zamiast oddalać groźbę rosyjskiej ekspansji, tylko pobudza apetyt Moskwy.

Choć od kwietniowego szczytu w Bukareszcie napięcie narastało, Gruzja, idąc za radą przywódców europejskich, przez wiele miesięcy powstrzymywała się od odpowiedzi na rosyjskie ataki. "Powstrzymajcie się od działań" - te słowa powracały jak refren, za każdym razem, kiedy Gruzja informowała o coraz większej agresywności ze strony Rosji. Nawet mobilizacja sił rosyjskich w Abchazji nie spotkała się z agresywną odpowiedzią strony gruzińskiej.

Dziś Rosja próbuje przekonać świat, że jej atak jest odpowiedzią na gruzińską prowokację. A przecież tej wojny nie rozpętała Gruzja. Przystąpiliśmy do działań dopiero wtedy, gdy uzbrojony konwój rosyjski wkroczył do tunelu w Rokach, który łączy Rosję z Osetią Południową. Zdjęcie gruzińskich rakiet, które tak chętnie wykorzystywane było do ilustrowania materiału w gazetach, miało dowodzić, że to Gruzja porywa się na rzecz niemożliwą do przeprowadzenia - w bezrozumnym akcie gniewu atakuje rosyjskie imperium. Tymczasem celem, który został precyzyjnie namierzony, był konwój wojsk rosyjskich, a nie jakiekolwiek miasto.

Jeśli bowiem chodzi o zbrodnie rzekomo dokonywane przez gruzińskie wojska, Rosjanie nie dysponują żadnymi dowodami, które potwierdzałyby ich wersję. Co więcej, po tym jak Rosjanie rozpoczęli bombardowania w stylu, który pamiętamy z wojen czeczeńskich, wiele budynków, o których zniszczenie są oskarżani Gruzini, padło ofiarą ataków rosyjskich. Gruzińskie straty wojskowe nie są duże, ale prawdziwą tragedią jest śmierć tak wielu cywili, którzy zginęli w wyniku rosyjskich nalotów. Armia gruzińska jest niewielka, ale uzbrojona w nowoczesny sprzęt i bardzo zmotywowana. To armia demokratycznego kraju złożona z obywateli tego kraju, którzy choć są zatrwożeni wojną, stają w obronie ojczyzny. Przecież byliśmy szczęśliwi jako wolni obywatele demokratycznego kraju, wolelibyśmy, żeby nie było to konieczne, ale bronimy naszej demokracji.

Rosyjskie opowieści o tym, że atak został sprowokowany przypomina jako żywo propagandę z czasów II wojny światowej. Gdybyśmy otworzyli rosyjskie gazety z tego okresu i porównali to z tym, co pojawia się w rosyjskiej prasie dzisiaj, zapewniam, że nie sposób byłoby dostrzec różnic. Jeśli Europa uwierzy w tę rosyjską propagandę, będzie to prawdziwa tragedia. Nie tylko dla Gruzji, ale dla samej Europy. Europa nie może zachowywać się tak, jak zachował się w 1939 roku Neville Chamberlain, który wobec hitlerowskich Niemiec prowadził politykę ustępstw. W stosunku do Rzeszy takie działania nie przyniosły oczekiwanych rezultatów i nie możemy się łudzić, że można osiągnąć w ten sposób trwały pokój na Kaukazie. Deklaracje potępiające Rosję to jeszcze za mało - jedyną szansą na zatrzymanie ekspansji Rosji jest precyzyjne określenie konsekwencji, z jakimi Moskwa musi się liczyć, jeśli nie zaprzestanie działań wojennych. Dla obywateli europejskich, którzy rozliczą swoich rządzących, dla biznesmenów, którzy nakłaniają swoich polityków do ustępstw na rzecz Rosji, jest to chwila krytyczna. Nadszedł czas, by Europa przyznała, że Rosja nie jest takim krajem, jakim chciałby ją widzieć Zachód.

p

Giorgi Kandelaki był współzałożycielem ruchu młodzieżowego Kmara! (Dosyć!), który odegrał istotną rolę w gruzińskiej rewolucji róż w listopadzie 2003. Działa na rzecz demokratyzacji Kazachstanu, Ukrainy, Mołdawii oraz Białorusi, gdzie był za swoją działalność zatrzymywany. Od lipca 2005 r. jest doradcą prezydenta Micheiła Saakaszwilego