„Chwytaj dzień, bo przecież nikt się nie dowie, jaką nam przyszłość zgotują bogowie” – doradzał Horacy w „Pieśniach”. Co do przyszłości to: Polska zadłuża się w tempie, jakiego doświadczała jedynie pod koniec epoki gierkowskiej, objęte lockdownem branże (i kilka innych) zdychają sobie po cichu wraz z pechowcami, którzy kiedyś w nie zainwestowali kapitał oraz pracę, a nieco bardziej efektownie umierają pechowcy nieodporni na koronawirusa lub na niewydolność służby zdrowia. Generalnie w kraju jest teraz trochę tak, jak podczas lotu balonem przez burzę. Widoki epickie, ale strasznie telepie, rzygać się chce i świadomość, co może zrobić jeden celny piorun, nie dodaje skrzydeł. Dlatego też wezwanie Horacego „Carpe diem” (Chwytaj dzień) okazuje się jak najbardziej na czasie.

Reklama

Nie zna życia politycznego III RP, kto nie mieszkał w Wałbrzychu

Co do samego chwytania, to warto podeprzeć się refleksją pewnego działacza PiS z Wałbrzycha. „Tacy sami ludzie jesteśmy jak ci w PO, czy SLD, niczym się nie różnimy i każdy jest pazerny” – zauważył refleksyjnie. Raczej mało kto w Polsce zaprzeczy, że ów wałbrzyski filozof (niemal w stylu Horacego) utrafił w sedno. Na pewno miejsce zamieszkania pomaga mu w odnajdywaniu celnych spostrzeżeń, bo nie zna prawdziwego życia politycznego III RP, kto nie mieszkał w Wałbrzychu.

Owo zapominane przez bogów miasto na krańcu Polski najpierw obleźli działacze SLD, aż zabrakło fruktów i zaczęli się miedzy sobą tak żreć, że kłaki wzlatywały w powietrze. „To ja tworzyłem tę partię w Wałbrzychu i nie mogłem pozwolić, żeby ktoś zarzucił mi, że chcę robić porządek w partii w całej Polsce, a nie potrafię zaprowadzić go u siebie” – oświadczył w listopadzie 2002 r. dziennikarzom „Polityki” sekretarz generalny SLD Marek Dyduch. Po czym pogonił całe towarzystwo. Trzy lata później SLD w dramatycznym stylu przerżnęło wybory i już nigdy nie powróciło do władzy.

Wałbrzych obleźli wówczas platformersi. W roku 2011 było ich tam już tylu, że w mieście zabrakło fruktów, więc żarli się ze sobą aż furczało. „Zarząd dolnośląskiej Platformy Obywatelskiej rozwiązał struktury partii w Wałbrzychu” – poinformował dziennikarzy w lutym 2011 r., pełniący obowiązki szefa PO na Dolnym Śląsku Jacek Protasiewicz. Nieco ponad trzy lata później Platforma przerżnęła wybory tak, iż jej działacze do dziś nie potrafią w to uwierzyć. Natomiast nieszczęsne miasto wkrótce obleźli oszalali ze szczęścia pisowcy. Niestety i dla nich Wałbrzych okazał się zbyt mały. Zaczęli zatem się żreć, a w przerwach nagrywać swe przemyślenia.

„Na wniosek Pełnomocnika Okręgowego PiS okręgu nr 2 w Wałbrzychu Michała Dworczyka, decyzją Prezesa PiS z dnia 12 stycznia 2021 r. nastąpiło rozwiązanie organizacji terenowej PiS w mieście Wałbrzych oraz wykluczenie wszystkich członków PiS w Wałbrzychu” - poinformował w połowie stycznia media szef Komitetu Wykonawczego PiS Krzysztof Sobolewski. Czy i tym razem tradycji stanie się zadość, przekonamy się podczas wyborów, które przypadkiem wypadają za trzy lata. Na razie ich odległy termin sprawia, iż okrzyk „Carpe diem” dobiega w obozie władzy już z każdej strony.

"Malutki Wałbrzych" w KRS

Choć powinien być uzupełniony mottem: „A teraz zrobimy sobie Wałbrzych”. Taki malutki urządzili ostatnio jedni członkowie Krajowej Rady Sądownictwa z nadania PiS innym członkom KRS z nadania Prawa i Sprawiedliwości. O co dokładnie poszło wiadomo piąte przez dziesiąte (czyli jak w Wałbrzychu). Jeszcze w grudniu „Dziennik Gazeta Prawna” donosił, że: „członkowie Krajowej Rady Sądownictwa znaleźli sposób, by zarabiać więcej”. Ich inwencja twórcza polegała na tym, że: „niektórzy, zamiast jak do tej pory pracować w komisjach działających w Radzie w tych dniach, kiedy wypadają posiedzenia plenarne, zaczęli spotykać się w innych terminach. Przy tym w większości przypadków ich udział miał formę zdalną. Dzięki temu zamiast jednej diety (blisko 1 tys. zł) były im wypłacane dwie – jedna za udział w posiedzeniu plenarnym, druga za udział w komisji” – opisywano w „DGP”. CZYTAJ WIĘCEJ TUTAJ>>>

Nie wiedzieć czemu ów sposób, by – jak pisał Gałczyński – „dorobić ździebełko, na bułeczkę i masełko”, przeszkadzał przewodniczącemu KRS sędziemu Leszkowi Mazurowi i postanowił go ukrócić. Wkrótce potem Rada ukróciła niezdrowe zapędy przewodniczącego, przegłosowując na tajnym posiedzeniu jego odwołanie. Nota bene owo posiedzenie prowadził wiceszef KRS poseł Arkadiusz Mularczyk. Ten sam poseł Mularczyk obiecujący wszystkim Polakom zaledwie trzy lata temu okrągły bilion dolarów reparacji wojennych od Niemców. Co wychodziło po jakieś 27 tys. dolców do kieszeni dla każdego. Od noworodka po czekającego przed przychodnią na szczepienie emeryta. W tak ciężkich czasach byłoby jak znalazł. No, ale u posła ambicje już nie te i woli chwytać diety z KRS, niż Niemców za gardło.

Zaatakowany „miękiszonem” Morawiecki nie wypadł z łask Naczelnika

Za to gardło premiera chętnie chwyciłby minister sprawiedliwości. Jednak od miesięcy Zbigniew Ziobro ma zły dzień. Z okrzyku wznoszonego przez statystycznych Kowalskich z Solidarnej Polski „weto albo śmierć” ostały się ani weto, ani zgon. Zaatakowany „miękiszonem” Mateusz Morawiecki nie wypadł z łask Naczelnika, a na koniec się odwinął i wprawdzie żadnemu Kowalskiemu jeszcze włos z głowy nie spadł, lecz od połowy stycznia brat ministra sprawiedliwości nie ma już dobrze płatnego etatu w banku Pekao S.A.

Inna sprawa, że rozkimnienie: Kto? Kogo? I dlaczego? w obozie władzy powoli zaczyna przechodzić zdolności poznawcze nawet najstarszych Wałbrzyszan. Jeśli ktoś nie wierzy, to niech spróbuje poradzić sobie z wcale nie najbardziej skomplikowaną szaradą z tego tygodnia. Oto Ewa Stankiewicz jak zawsze nakręciła dla TVP kolejny film o katastrofie smoleńskiej ale emisję wstrzymał Jacek Kurski, bo ponoć podpadła Antoniemu Macierewiczowi, który wraz z Jerzym Targalskim w Telewizji Republika zaatakowali nowego ambasadora RP w Moskwie, który pod koniec lat 80. pracował w biurze ówczesnego rzecznika rządu Jerzego Urbana i jak twierdzi Dorota Kania, był nawet agentem wywiadu wojskowego PRL, lecz ma tytuł magistra, choć niedługo nie będzie musiał, bo PiS zniesie ten obowiązek dla ambasadorów. Uffff !!!!

Opozycja nie "chwyta dnia..."

Tak ostatnio cały czas się tam kotłuje (niemal jak Wałbrzych w 2002) i może kotłować przez kolejne lata zwłaszcza, że opozycja nie „chwyta dnia”, lecz przeżywa niekończącą się fazę głębokich problemów egzystencjalnych. Ta przypadłość objawia się brakiem szczerego zainteresowania dla całego otaczającego świata. Dotknięty nią osobnik: epidemią, kryzysem ekonomicznym, kolejkami do punktów szczepień, bankructwem branży hotelarsko-gastronomicznej oraz fitness, wreszcie obozem władzy interesuje się przez grzeczność. No bo tak wypada przed wyborcami. Jednak szczerze interesują go tylko problemy osobiste.

Platformę interesuje Hołownia, bo zaczął być atrakcyjny dla jej działaczy niczym lep na muchy. Hołownię interesuje, jakiego by tu jeszcze podebrać posła lub senatora (może być nawet z PiS) i mieć własne koło w parlamencie. Działaczy PSL interesuje, kiedy prezes partii wyjdzie z depresji po klęsce w wyborach prezydenckich. Posłów SLD interesuje walka o posadę rzecznika, i która jeszcze z młodych działaczek rozbierze się dla kolorowego czasopisma. Acz jest chlubny wyjątek. Jedną posłanką SLD szczerze interesuje w mediach społecznościowych, po co chrześcijanie mieszkają w Etiopii od półtora tysiąca lat, co wzbudza w niej dogłębne oburzenie. Dlatego, gdy tylko się dowiaduje o rozstrzelaniu 750 chrześcijan, natychmiast publicznie daje wyrazy swej ulgi. Jedynie Partię Razem oraz Konfederację interesuje polska codzienność, lecz akurat te dwie partie niespecjalnie interesują Polaków.

I tak właśnie w Polsce - jak pisał Horacy - „mknie rok za rokiem, jak jedna godzina”, nic się nie zmienia, Wałbrzych wszędzie trzyma.

„Więc łap dzień każdy, a nie wierz ni trochę, w złudnej przyszłości obietnice płoche” - słusznie doradzał poeta.