Dienis, Rosjanin, który w kijowskim hotelu werbuje do formowanego właśnie batalionu ochotniczego. Pochodzi z Moskwy. Nie chce ujawniać nazwiska ani wizerunku. Przedstawia się jako nacjonalista, który ma związki z osobami o podobnych poglądach w USA i w Europie Zachodniej. Jak mówi, oprócz zajmowania się werbunkiem obcokrajowców obecnie pracuje nad nazwą batalionu.
Jaki batalion pan reprezentuje? Jaki jest plan waszego oddziału na obronę Kijowa?
Gdy zaczęła się wojna, okazało się, że pojawiła się masa biurokracji. Administracja zaczęła pracować jeszcze mniej wydajnie niż w czasach pokoju. Formujemy się w batalion ochotniczy, aby tej biurokracji uniknąć. Ale i tak papierowa robota zajmuje masę czasu. Nasi żołnierze już uczestniczą w bojowych zadaniach. Jednak robią to na półoficjalnych papierach. Nasze dowództwo chce, abyśmy pozostali batalionem ochotniczym i nie wchodzili w skład obrony terytorialnej. Nie chcemy bronić jakiś nieważnych punktów lub blokpostów. Nie chcemy też w pełni wejść w skład sił zbrojnych Ukrainy. Stracimy wtedy autonomię i swobodę. Jeśli chodzi o mnie, to teraz zajmuję się pomocą humanitarną. Współpracuję też z ochotnikami z zagranicy. Rozmawiam w trzech językach – po rosyjsku, angielsku i niemiecku – i dlatego mam takie zadania.
Czyli jeśli chciałbym przyłączyć się do waszego oddziału, najpierw musiałbym zadzwonić do pana?
Reklama
Dokładnie tak. Jeśli zgłosiłby się pan jako zagraniczny ochotnik, współpracowalibyśmy ze sobą. Obecnie werbujemy tylko tych, którzy mają doświadczenie wojskowe. Nie potrzebujemy zwykłych ludzi, którzy chcą do nas przyjechać i z nami działać dla sprawy. Potrzebujemy przygotowanych specjalistów. Takich, którzy pomogliby nam podszkolić naszych chłopaków lub od razu byliby gotowi iść do walki.