Wdrapałem się na murek okalający schody idące w dół do modnego wówczas klubu filmowców zwanym "ściekiem". Wreszcie mogłem w skupieniu słuchać homilii. Dzięki podwyższeniu jaki tworzył murek mogłem ogarnąć wzrokiem Trębacką i część Krakowskiego Przedmieścia.
. Obok mnie stał jeden z moich studentów z wydziału architektury Politechniki, gdzie wówczas dla III roku prowadziłem zajęcia z filozofii kultury. W tamtym czasie moje związki z Kościołem uległy znacznemu rozluźnieniu w porównaniu do poprzednich lat. W o wiele większym stopniu niż ja żona dbała o wychowanie duchowe dzieci. Ona też podtrzymywała tradycję chodzenia na niedzielne nabożeństwa całą rodziną.
Jakże były one ważne w konfrontacji z trwającymi ponad 35 lat wysiłkami władzy, by całkowicie wymazać Katolicyzm z naszego obecnego życia, a w jego przeszłości przypisać mu jedynie czarną rolę.
Ta . Dziś mogę założyć, że byłem jednym z wielu setek tysięcy Polaków, który na powrót poczuł siłę związku z tradycją, z religią.
Oceniłem, że to właśnie stanowi apogeum tej homilii i że dzięki temu sformułowaniu przejdzie ona do historii.
Tymczasem prawdziwe uderzenie miało dopiero przyjść za chwilę. Miało rozsławić tę datę, to miejsce i tego niezwykłego człowieka, jakiego szczęście nasza ziemia miała wydać, a my do dziś i po wsze czasy szczycić się, że to nasz rodak.
To już nie było zdanie opisowe, oddające stan rzeczy. To był wielka modlitwa i wielki apel do stojących na tym placu. Ale też do każdego Polaka z osobna i do nas jako narodu, jako wspólnoty religijnej, kulturowej, historycznej. Słynne: .
Jakkolwiek by to patetycznie nie brzmiało, późniejsze rozmowy potwierdziły, że tak właśnie odebrały te słowa tysiące Polaków. I już rok później pchnęły nas na tory, które doprowadziły do dzisiejszego dnia.
.
A 10 lat później ...