Zwłaszcza że - jak sobie przypominam - przez cały czas rządów Jarosława Kaczyńskiego prezydent nie zwołał Rady Gabinetowej ani razu, a miało wówczas miejsce wiele kryzysowych sytuacji. Kiedy strajkowali lekarze, domagając się przekształcenia szpitali w spółki prawa handlowego, prezydent nazwał to wręcz próbą uwłaszczenia przez nich szpitali. A czego chcą teraz? Czy coś się zmieniło?

Reklama

Dlaczego prezydent nie zdecydował się na zwołanie Rady Gabinetowej, kiedy pielęgniarki koczowały przez wiele dni przed kancelarią premiera i prosiły panią Kaczyńską o włączenie się do negocjacji. Wówczas prezydent mówił: "wszystko mi tu pachnie raczej próbą zmiany systemu politycznego w Polsce, a nie protestem społecznym”. Prezydent milczał też, gdy w kampanii wyborczej PiS straszyło obywateli, że jeśli PO dojdzie do władzy, karetki pogotowia będą jeździły tylko za opłatą, a przecież mogło to wywołać panikę.

Pani Ewa Kopacz popełniła wiele błędów, to prawda. Może nie przygotowała się na posiedzenie Rady Ministrów, jej pomysły nie odpowiadały premierowi Donaldowi Tuskowi, ale ten gabinet rządzi dopiero pięćdziesiąt parę dni. Pamiętamy, jaka była sytuacja służby zdrowia za poprzedniego rządu. Profesor Religa miał dwa lata na jej poprawę.

Te dwa lata przebiegały w atmosferze kłótni między na przykład nim a ministrem Piechą. Toczyły się spory między ministrem zdrowia a minister finansów Zytą Gilowską. Byliśmy świadkami tego, że premier wraz z ministrem Religą ogłaszali podwyższenie składki, a pani Gilowska twierdziła, że się na to nie zgadza. Mieliśmy takie zamieszanie wokół służby zdrowia, że nazywanie dzisiejszej sytuacji kryzysową jest już dużym nadużyciem.

Uzasadniona troska o losy służby zdrowia kazałaby na pewno spotkać się z minister zdrowia i omówić z nią plany w tej sprawie. Przypominam sobie, że prezydent Kaczyński spotkał się z profesorem Religą, kiedy strajkowali lekarze, i wydaje mi się, że zaproszenie do rozmowy o sytuacji w służbie zdrowia samej pani Kopacz byłoby wystarczające. Tymczasem zostaje oskarżona ona przez Tomasza Undermana, wiceprzewodniczącego Zarządu Krajowego OZZL, na którego polecenie prezydent staje sie mediatorem, o stosowanie "chamskiej politycznej zagrywki”.

Trudno powiedzieć, czy włączenie się Lecha Kaczyńskiego do gry, przerwanie milczenia jest z jego strony przygotowaniem do kampanii wyborczej. Nie usłyszeliśmy dotąd zapewnienia, że prezydent będzie kandydować po raz drugi, ale nie usłyszeliśmy też, że nie chce tego robić. Na pewno chce zaznaczyć swoją obecność. Być może wspomóc PiS. Ale nie wydaje mi się, żeby i moment, i sposób zaangażowania się mogły mu przynieść wymierne polityczne korzyści.

Na wkroczeniu w środek konfliktu rządu z lekarzami prezydent może tylko stracić. Nie spodziewam się bowiem, by jego interwencja poprawiła sytuację pracowników medycznych. Z budżetu państwa nie da się wyłożyć więcej na służbę zdrowia. Za chwilę czeka nas strajk górników. Czy i wówczas prezydent włączy się do rozmów? A jeśli będziemy mieli strajk nauczycieli, czy prezydent będzie mediował między rządem a nauczycielami?

Poza wszystkim, sytuacja nie jest aż tak nadzwyczajna, żeby uzasadniała tak mocne włączenie się w nią prezydenta. Głowa państwa powinna raczej patronować okrągłemu stołowi poświęconemu służbie zdrowia. Prezydent mógłby na przykład zwołać okrągły stół poświęcony nie tylko bieżącej sytuacji, ale i reformom w państwie, i nakłonić wszystkie strony do podjęcia odważnych decyzji. Miałoby to wówczas i sens polityczny, i rozpoczęłoby proces realnej poprawy w służbie zdrowia.