Nie będzie wojny o krzesło między premierem i prezydentem w Brukseli. Na szczyt pojedzie tylko Donald Tusk wzmocniony na duchu radosną wiadomością o narodzinach wnuka. Do tego jeszcze złotówka jakoś się trzyma. Tarczy antyrakietowej nie będzie, a szef naszego rządu otrzyma specjalny numer na superkomórkę do prezydenta Obamy.
Jedyna nadzieja w kryzysie światowym i profesorze Bartoszewskim, który albo coś powie soczystego o Erice Steinbach, albo przyrówna ubeków do hitlerowców.
Ale właściwie dlaczego ja się martwię? To przecież dobrze, że jest z czymś dobrze, prawda? Skąd więc to uczucie zawodu? Czyżbyśmy naprawdę byli hienami? Pewnie niestety tak. Dziennikarze żywią się nieszczęściem i awanturą. Tylko skąd ten radykalny wzrost kliknięć w internecie, kiedy ktoś kogoś obraża albo kiedy się kompromituje?
Czyżbyśmy nie byli w swoich upodobaniach odosobnieni?
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Powiązane
Zobacz
|