Prezydent nie ustąpił, tylko porozumiał się z premierem. Było jedno miejsce do obsadzenia i trzeba było podjąć decyzję, która będzie korzystna z punktu widzenia
interesów państwa. Głównym tematem szczytu jest kwestia finansów, a to rząd odpowiada za te sprawy.
To rząd ponosi odpowiedzialność za politykę finansową państwa. Prezydent może udzielać rad i apelować.
Wtedy tematy posiedzenia Rady Europejskiej dotyczyły bezpośrednio kompetencji prezydenta. Teraz jest inna sytuacja. Wtedy nie było problemu krzesła, tylko tego, kto będzie przewodniczyć
delegacji. Nie było zagrożenia, że zabraknie krzesła. A teraz fizycznie było. To jest zasadniczo odmienna sytuacja.
>>>Kryzysowe orędzie Lecha Kaczyńskiego
Czym innym jest strategia rządu w kraju, czym innym na szczyt. We wszystkich dobrych sprawach prezydent z pewnością będzie rząd popierać.
Te argumenty są śmieszne. Nie o wchodzeniu Polski do unii walutowej jest mowa na tych szczytach. Przed poprzednim szczytem premier mocno walił w bęben, zapowiadając, że będzie mówił o euro.
Ale oprócz niego nikt na ten temat się nie zająknął. W Polsce toczy się propagandowa gra, w której dyskusję o kryzysie usiłuje się zastąpić dyskusją o euro.
Ten szczyt go nie dotyczy. Pan premier równie dobrze mógłby powiedzieć na szczycie Unii, że kibicuje Lechii Gdańsk albo lubi zupę pomidorową. Wywoływanie tematu euro wokół tego szczytu
jest elementem PR-owskiego odwracania uwagi Polaków od rzeczywistej dyskusji dotyczącej wychodzenia z kryzysu.
Strategia ma dotyczyć wychodzenia Polski z kryzysu. Wychodzenie z kryzysu dziś, a wchodzenie do strefy euro za dwa lata to są dwie zupełnie różne rzeczy.
Prezydent chciałby dojść w tej sprawie do porozumienia. Po pierwsze, rok 2012 jest datą nierealistyczną. Po drugie, coraz więcej ekspertów zwraca uwagę, że dzisiaj wchodzenie do strefy euro,
której wskaźniki gospodarcze są gorsze od naszych, nie mieści się w logice wychodzenia z kryzysu.
Dzisiaj takiej daty nie ma.
Różni politycy mogą mieć różne zdanie na ten temat.
Prezydent powiedział tylko, że referendum jest postulatem czołowej partii opozycyjnej. To nie znaczy, że jest przeciwko referendum. Inna jest rola prezydenta, a inna partii opozycyjnej. Nie jest
natomiast niczym dziwnym, że między PiS a prezydentem istnieje zbieżność poglądów.
Nie mam takiego wrażenia. To nie jest postulat prezydenta.
Uważam jako obywatel, że jeśli mielibyśmy wchodzić do euro w 2012 r., to powinniśmy zdecydować o tym w tym roku w referendum. To jest za ważna kwestia, by nie poddać jej osądowi
obywateli.
Nie sądzę, żeby prezydent do tego namawiał. Niezależnie od tego, jaką datę przyjmiemy, wchodzenie do euro wymaga zmiany konstytucji. Myślę, że w dającej się przewidzieć przyszłości
referendum tak czy inaczej jest potrzebne.
Michał Kamiński: były deputowany do Parlamentu Europejskiego, rzecznik prasowy prezydenta Lecha Kaczyńskiego