Mirosław Drzewiecki*: Sam. Byłem wstrząśnięty. Ale kontaktowaliśmy się po meczu z premierem i wicepremierem Grzegorzem Schetyną.
To był czarny dzień dla polskiej piłki. Jak wszyscy kibice byliśmy zdruzgotani nie tyle wynikiem, co poziomem piłkarzy. Grali kompletnie bez głowy.
>>> Dni Leo Beenhakkera są policzone
Z jego winy padły dwie bramki. Ale od początku widać było, że jest spięty. Ostatnio w jego życiu dużo się działo i myślę, że nie wytrzymał nerwowo. On jest dobrym bramkarzem, jak każdy
człowiek może mieć słabszy okres. Jestem pewny, że wkrótce znowu będzie królem Arturem.
Pora na męskie decyzje. Albo pracujemy z Beenhakkerem: wszystkie ręce na pokład, pomagamy trenerowi i szanujemy umowę z nim zawartą, albo uznajemy, że dalsza współpraca nie jest możliwa i
brak sukcesu polskiej reprezentacji tylko zaostrzy konflikt. A że konflikt jest, nikogo nie trzeba przekonywać. Co jakiś czas na linii PZPN - Beenhakker iskrzy. Wtedy może rzeczywiście lepiej
się rozstać i zacząć od nowa.
W sporcie bardzo ważne jest doświadczenie. Beenhakker je ma. I jest z zupełnie innego sportowego świata niż ten, w którym przyszło mu pracować. Jeden przegrany mecz nie przekreśla
kilkudziesięciu lat jego pracy i sukcesów. Wystarczyłoby zmienić dwie, trzy osoby w PZPN, które by się z nim komunikowały.
Jest podpisany kontrakt z bardzo dobrym trenerem. Gdybyśmy go zerwali, tracimy duże pieniądze. Trzeba też pamiętać, że Beenhakker cieszy się renomą za zagranicą, jest osobą opiniotwórczą
w środowisku piłkarskim. Rozwiązywanie z nim kontraktu w atmosferze wrogości nie służyłoby naszemu wizerunkowi. Każdy inny obcokrajowiec, który chciałby przyjechać pracować w Polsce,
będzie o tym pamiętał. Poza tym nie ma jednomyślności co do ewentualnego następcy. Jeden mówi Franciszek Smuda, drugi Henryk Kasperczak, trzeci Jerzy Engel, może ktoś jeszcze inny?
Na szczęście nie wybieram trenerów. Ale wprowadzając nowego, trzeba pamiętać o tym, że to jest tak jak ze zmianą koni podczas przeprawy. Przychodzi nowy człowiek, bierze nowych ludzi i cała
mozolnie budowana konstrukcja się wywraca. W piłce tak jak w polityce jestem zwolennikiem pełnych kadencji.
Smuda jest bardzo dobrym trenerem, ze szczęściem, ale nigdy nie prowadził reprezentacji. Nikt nie odmieni sytuacji jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Jeśli ma się udać, to się uda
z Beenhakkerem, a jeśli ma się nie udać, to inny też cudów nie zdziała.
Wszyscy kochamy piłkę nożną, więc chcielibyśmy, żeby nasi wygrywali. Przegrywamy, bo jesteśmy słabsi. Choć przykład z Belfastu pokazuje, że nie wygrywamy nawet tam, gdzie jesteśmy lepsi
od przeciwników.
Budujemy nowy system, który zaczyna się od Orlików, czyli boisk z trenerem i sztuczną trawą dostępnych przez cały rok dla dzieci i młodzieży. Do końca kwietnia będziemy mieli 575 takich
boisk, a do końca roku - 1325. Od marca uruchomiliśmy też program comiesięcznego dofinansowania każdego trenera, który zajmuje się tymi dziećmi. Dopłacamy tysiąc złotych do pieniędzy,
które mu płaci gmina. Chodzi o to, żeby to nie byli ludzie przypadkowi.
Efekty programu będzie widać niestety dopiero po 2012 roku. Żeby cały system zaczął działać, trzeba czasu i konsekwencji. Jak są boiska, to muszą być trenerzy, pieniądze na organizację
czasu. Zgłaszają się do nas telewizje z propozycjami programów o tym, co się dzieje na Orlikach. Musi powstać ogólnonarodowy projekt wyszukiwania talentów, które wychowają się na tych
boiskach.
Myślę, że w 2014 roku.