Dziennik Gazeta Prawana logo

Dudek: nie psuć lustracji

12 października 2007, 11:41
Ten tekst przeczytasz w 12 minut
Nie można dwa razy wchodzić do tej samej rzeki. Ta znana maksyma Heraklita z Efezu przypomniała mi się, kiedy przeczytałem ustawę o ujawnianiu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa uchwaloną przez Sejm 21 lipca br. Okazuje się bowiem, że w Sejmie RP jest to możliwe, a dowodzi tego zgłoszona w ostatniej chwili przez posła PO Sebastiana Karpiniuka poprawka, która przybrała postać artykułu 55, ustęp 2.
Ustęp ów głosi, że IPN ma w ciągu trzech miesięcy od dnia wejścia ustawy w życie „opublikować wykazy osób traktowanych przez organy bezpieczeństwa jako osobowe źródła informacji ze wskazaniem, w jakim charakterze występują w dokumentach. Wykazy te będą aktualizowane w miarę postępu prac badawczych Instytutu, nie rzadziej jednak niż raz na 6 miesięcy.
Nic nie będzie jaśniejsze
Akt o podobnym charakterze Sejm RP już kiedyś uchwalił. Miało to miejsce 28 maja 1992 r. i doprowadziło do kryzysu politycznego 4 czerwca, zakończonego upadkiem rządu Jana Olszewskiego. Wprawdzie wówczas lista agentów bo o nią przecież w istocie chodzi miała być skromniejsza i obejmować wyłącznie urzędników państwowych, parlamentarzystów, radnych oraz sędziów, adwokatów i prokuratorów, ale sens pozostaje ten sam. Ma powstać wykaz, w którym wszyscy współpracownicy tajnych służb PRL będą figurować w taki sam sposób, bez względu na to, co i jak długo w rzeczywistości zrobili. Oznacza to, że po czternastu latach wróciliśmy do punktu wyjścia, a cała wiedza o złożoności problemu agenturalnej współpracy, którą zdobyliśmy po utworzeniu IPN, została zignorowana.
Nie trzeba być prawnikiem, by zrozumieć, że realizacja wspominanego artykułu czyni bezsensowną znaczną część samej ustawy, w której mozolnie wyliczono osoby pełniące funkcje publiczne oraz opisano tryb, w jakim mają one uzyskiwać w okresie do roku zaświadczenia z IPN o tym, co zachowało się na ich temat w archiwach Instytutu. Po co to wszystko robić, skoro znacznie szybciej IPN ma ogłosić listę wszystkich pracujących dla bezpieki osobowych źródeł informacji (OZI), a zwerbowanych od 1944 r.? Po co tworzyć internetowy rejestr zaświadczeń, gdy wszystko będzie jasne? Otóż nie będzie.
"Przechodząc obok siebie ulicą, Polacy mają święte prawo wiedzieć, kto rujnował ludzkie życiorysy stwierdził w sejmowej debacie poseł Karpiniuk. Podzielam ten pogląd i dlatego jestem przeciwny tworzeniu listy agentów bezpieki, która więcej zaciemni niż wyjaśni. Byłem natomiast i jestem w dalszym ciągu za ujawnianiem zawartości teczek zgromadzonych w IPN, i to w stopniu idącym nawet dalej niż uchwalona właśnie przez Sejm ustawa. Różnica polega na tym, że wiedza, jaką można uzyskać z lektury teczek, w znacznej części uniemożliwia zastosowanie prostego, zerojedynkowego schematu, wedle którego bohater owej teczki może być tylko agentem lub nim nie być. Stworzenia zaś takiej listy żąda od IPN Sejm RP.
Nie wiem, czy poseł Karpiniuk widział kiedykolwiek teczkę TW lub innego osobowego źródła informacji bezpieki. Ja widziałem ich sporo. Znam też wielu historyków, którzy pracowali na tych materiałach i zwykle różnią się poglądem na to, co z nich wynika. Nie przypominam sobie jednak, by którykolwiek z nich twierdził, że wszystkie przypadki współpracy z bezpieką są podobne. Jest dokładnie odwrotnie każdy przypadek był inny, bo inne były okoliczności werbunku, czas współpracy, wreszcie jej charakter. Na liście wszyscy jednak będą sobie równi. Także ci, którzy zerwali współpracę natychmiast po podpisaniu zobowiązania lub też ją pozorowali, co po żmudnej analizie i konfrontacji z innymi dokumentami oraz relacjami da się niekiedy ustalić. Nie będzie też, bo jest to technicznie niewykonalne, informacji o tym, co ci ludzie robili wcześniej czy później. Kiedy zna się konkretne przypadki wybitnych Polaków, którzy zostali niekiedy pod olbrzymią presją nakłonieni do współpracy, często mającej symboliczny charakter, a zarazem ma świadomość, że za chwilę znajdą się na wspólnej liście z ludźmi, których trudno określić inaczej jak zwykłe kanalie, rodzi się pytanie: czemu ma to służyć? Czy przypadkiem nie skompromitowaniu całej idei otwierania archiwów komunistycznych służb specjalnych?
Każdy, kto oglądał teczki agentury oraz osób inwigilowanych, wie, że poziom ich kompletności jest bardzo różny. Uważam jednak, że wszystkie powinny być, i to w całej zachowanej postaci, dostępne dla historyków i dziennikarzy. W tej sprawie jestem bardziej radykalny niż autorzy ustawy, którzy wprowadzili w tej materii różne ograniczenia, zostawiając tym samym pole dla rozmaitych spekulacji na temat tego, co zostanie przez archiwistów IPN zakryte przed udostępnieniem. Jednak właśnie w imię tej cząstkowej i wykoślawionej, ale równocześnie bardzo zróżnicowanej prawdy zawartej w zdekompletowanych teczkach nie powinniśmy dopuścić do stworzenia listy, na której wszyscy zostaną potraktowani w taki sam sposób.
Niemal nie ma ewidentnych przypadków
Problem nie kończy się na teczkach OZI, których w archiwum IPN zachowało się około stu tysięcy. Znacznie poważniejsza jest sprawa kolejnych kilkuset tysięcy, a być może nawet około miliona nazwisk OZI, które znajdują się w kartotekach oraz innych materiałach ewidencyjnych wytworzonych na przestrzeni ponad czterdziestu lat przez aparat bezpieczeństwa. Ich teczki znikły z archiwum bezpieki w latach 1989 90 lub nawet wcześniej, w ramach standardowych procedur brakowania, których na wielką skalę dokonywano m.in. w 1956 r. Nie znaleziono dotąd dowodów, by bezpieka wprowadzała do swej ewidencji tzw. agenturalne martwe dusze, choć incydentalnych przypadków tego rodzaju też nie można wykluczyć. Rodzi się jednak pytanie, jaką wartość poznawczą będzie mieć informacja, że X czy Y był zarejestrowany jako osobowe źródło informacji, skoro nie możemy się równocześnie dowiedzieć nawet w minimalnym zakresie co właściwie robił (to powinno być w jego teczce pracy) ani, w jaki sposób został zwerbowany (danych na ten temat dostarcza teczka personalna). W latach 1999 2004 w urzędzie rzecznika interesu publicznego zidentyfikowano 741 potencjalnych kłamców lustracyjnych, ale tylko w odniesieniu do 153 (a zatem około 20 proc.) skierowano sprawę do sądu, ponieważ w pozostałych przypadkach nie było poza zapisami z ewidencji operacyjnej wystarczająco twardych dowodów współpracy. Jeśli przyjąć te ustalenia za miarodajną próbę, to prawdopodobne jest, że w przypadku 80 proc. nazwisk, które znajdą się na liście, podstawą do tego staną się niemal wyłącznie zapisy kartoteczne. Zapewne jak to już pokazały sprawy Henryka Karkoszy czy Lesława Maleszki, których teczki personalne i pracy zostały zniszczone w drodze żmudnej kwerendy uda się odnaleźć donosy niektórych z nich. To potrwa jednak bardzo wiele lat i będzie możliwe w najlepszym razie w odniesieniu do kilkuset, może kilku tysięcy przypadków. Aby sprawdzić wszystkich, musielibyśmy doprowadzić do digitalizacji i perfekcyjnego uporządkowania niemal całego, osiemdziesięciokilometrowego zasobu archiwalnego IPN, co nie wydaje się w tej chwili realne, abstrahując już od olbrzymich kosztów takiej operacji.
Artykuł 55 postawi też IPN przed dylematem, co zrobić z przypadkami takich osób, jak Ferdynand Rymarz czy Andrzej Przewoźnik, którzy otrzymali w sądzie lustracyjnym oczyszczający ich wyrok, ale w archiwach Instytutu wciąż istnieją obciążające ich zapisy ewidencyjne. To samo dotyczyć też może Zyty Gilowskiej, jeśli jej proces skończy się pozytywnym dla niej wyrokiem jeszcze przed wejściem w życie nowej ustawy. Oceniając dotychczasową linię orzecznictwa sądu lustracyjnego, wypada przypuszczać, że IPN przegra zdecydowaną większość procesów, jakie wytoczą mu osoby umieszczone na liście oraz ich spadkobiercy. Czy o to właśnie chodziło posłom uchwalającym artykuł 55, którzy w większości deklarują swoją sympatię dla dotychczasowej działalności IPN? Artykuł 55 może też być niestety niejedynym fragmentem nowej ustawy, który zostanie zakwestionowany przez Trybunał Konstytucyjny.
W styczniu tego roku w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej prezes IPN Janusz Kurtyka stwierdził, że stworzenie listy agentów „z punktu widzenia naukowego i ludzkiego byłoby ryzykowne. (...) Nie wyobrażam sobie, aby taka lista mogła zawierać tylko imię i nazwisko. Musiałaby zawierać możliwie jak najwięcej informacji, które czasami mogłyby danego człowieka wręcz oczyścić albo postawić go w świetle innym, niż się dziś wydaje. Problem w tym, że w niemałej części przypadków tego się nie da zrobić, i to nawet w czasie znacznie dłuższym niż ustawowe trzy miesiące. Tam zaś, gdzie jest to możliwe, powinno być robione w dotychczasowej postaci artykułów i książek, w których jest miejsce na indywidualizację każdego przypadku oraz nakreślenie kontekstu, w jakim współpraca miała miejsce.
Trzeba otwierać teczki bezpieki i dyskutować nad ich zawartością, a nie tworzyć listy konfidentów, które ku radości przeciwników wszelkiej lustracji mogą tylko doprowadzić do kompromitacji całej idei otwarcia archiwów. Ustawa z artykułem 55 trafi w najbliższych dniach do Senatu, który ma możliwość dokonania jego zmiany. Miejmy nadzieję, że tak się stanie, bo w przeciwnym razie wielu ludziom wyrządzi się krzywdę, a IPN zostanie narażony na ogromną liczbę ataków, których szczególnie w zmieniającej się sytuacji politycznej może nie przetrwać.

*Antoni Dudek, historyk, wykładowca UJ. Zajmuje się historią polskiej myśli politycznej i najnowszą historią Polski, autor i współautor kilkunastu książek, publikacji i artykułów o historii politycznej PRL i III RP, m.in: „Reglamentowanej rewolucji... Obecnie doradca prezesa IPN. Poglądy zawarte w artykule wyrażają jego osobiste stanowisko

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj