Zespół płk. Lesiaka, który na początku lat 90. zwalczał polityków opozycji, posługiwał się agentami, zakładał podsłuchy, zbierał obyczajowe haki na polityków. Potwierdził to w prokuraturze Jerzy Konieczny, szef UOP w latach 1992-93, czyli w czasie, gdy rozgrywała się sprawa tzw. inwigilacji prawicy.
Konieczny zeznał w 1998 roku, że za jego plecami z Lesiakiem kontaktował się - i zlecał mu zadania - Andrzej Milczanowski, ówczesny minister spraw wewnętrznych. Z pułkownikiem odpowiedzialnym za szykanowanie antywałęsowskiej opozycji spotykał się też Mieczysław Wachowski, wówczas minister w Kancelarii Prezydenta Lecha Wałęsy. "Wiem, że Lesiak miał jakieś kontakty z Kancelarią Prezydenta, konkretnie z Mieczysławem Wachowskim. Wydaje mi się, że obaj próbowali skrywać przede mną stopień tej zażyłości" - zeznawał Konieczny. W ten sposób starał się pomniejszać swoją rolę w całej sprawie - pisze DZIENNIK.
"Opisane przedsięwzięcie rażąco wykracza poza zakres działań UOP" - oświadczył, gdy pokazano mu dokumenty wytworzone przez zespół Lesiaka. I dodał, że działania te należy ocenić jako „aktywne mieszanie się do polityki”. Przyznał też, że zbierane informacje na temat preferencji seksualnych mogły służyć do szantażowania polityków.
Według DZIENNIKA Konieczny opowiedział też prokuratorom, że Lesiak przynosił mu informacje i plotki ze świata polityki, które miał między innymi od swych agentów. "Chciał się pochwalić, że dobrze pracuje" - ocenił Konieczny. Zeznał również, że Konstanty Miodowicz, na początku lat 90. szef kontrwywiadu, a dziś poseł PO, zwrócił się do Andrzeja Milczanowskiego o włączenie zespołu Lesiaka właśnie do struktury kontrwywiadu. Jednak Milczanowski nie wyraził na to zgody.