Kompromis zaproponowany przez strajkujących lekarzy, którzy chcą, by rząd jeszcze w tym roku dał miliard złotych na podwyżki tylko dla lekarzy, oburzył pielęgniarki i inne zawody medyczne. Zarzucają oni lekarzom dbanie wyłącznie o własne interesy. Grożą rządowi masowymi strajkami, jeśli pieniądze dostaną tylko lekarze.

Reklama

Hanna Gutowska - szefowa warszawskiej Izby Pielęgniarek i Położnych - nie kryje, że jest urażona tym, że lekarze zaproponowali rządowi zawieszenie strajku w zamian za podwyżki tylko dla siebie. Zwraca uwagę, że na plakacie, który reklamuje strajk, to właśnie pielęgniarkę umieścili na pierwszym planie, a dopiero z tyłu lekarzy: "Na plakat to byłyśmy dobre, a do podziału pieniędzy to nie?" - oburza się.

Gutowska ostrzega lekarzy, że samolubstwo doprowadzi ich do zguby. "Jeśli nie przestaną dzielić środowiska, to przegrają. Bo ochrona zdrowia to praca zespołowa i wszyscy muszą być równi" - przekonuje.

Z kolei Dorota Gardias, szefowa Ogólnopolskiego Związku Pielęgniarek i Położnych, przypomina lekarzom, że gdy pielęgniarki swoimi strajkami wywalczyły dla całej służby zdrowia podwyżki o 203 zł, to oni - choć nie strajkowali - chętnie te pieniądze wzięli.

Lekarzy krytykuje też Cezary Staroń, szef Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Techników Medycznych. "Oni od początku dawali nam odczuć, że walczą tylko o siebie. Akcję organizowali po cichu, za plecami innych związków, żadnego z nich nie poinformowali, że przystępują do strajku. Ciągle powtarzają, że są elitą. A przecież lekarz po studiach jest niedouczony. Dopiero czas pokaże, czy będzie dobry. Dlaczego akurat on miałby mieć gwarancję wysokich zarobków?" - mówi Staroń.

Jak podkreśla, nie może być tak, że lekarze strajkują wyłącznie o pieniądze dla siebie. Konsekwencje lekarskich strajków ponosi cały personel szpitali. "Nie wypracujemy limitów, więc wszyscy tracimy pieniądze i pensje. Jeśli panowie doktorzy tego nie rozumieją i chcą pieniędzy tylko dla siebie, to się natną, bo my nie wyrażamy na to zgody" - kwituje Staroń.

Reklama

Technicy medyczni napisali do ministra zdrowia list z ostrzeżeniem: "Jeśli rozmowy o podwyżkach odbędą się bez naszego związku, zaczniemy szykować się do strajku." "Dostałem odpowiedź, że negocjacje płacowe nie są prowadzone, a jeśli będą, to obejmą wszystkie grupy zawodowe" - dodaje Cezary Staroń.

Wiceminister zdrowia Bolesław Piecha odpowiada, że podwyżki tylko dla lekarzy są nierealne. Dlatego na piątkowe spotkanie ze strajkującymi lekarzami zaproszony został także związek pielęgniarek, OPZZ i "Solidarność".

Lekarze są tym poirytowani. Podkreślają, że nie mają żadnych zobowiązań wobec kolegów reprezentujących inne zawody medyczne. Tym bardziej że personel ten skorzystał na ubiegłorocznych strajkach, w wyniku których cała służba zdrowia dostała podwyżki średnio o 30 proc.

Tym razem lekarze nie zgadzają się na taki scenariusz. "My nie będziemy pytali innych o zgodę, sami umiemy wyrażać swoje zdanie. Nie potrzebujemy do tego przyzwoitek, doradców ani udziałowców. Jeśli spotkanie nie będzie tylko z nami, to w ogólne nie będziemy rozmawiać" - mówi Zdzisław Szramik z OZZL.

Jednak ministerstwo zaprosiło na tę samą godzinę zarówno lekarzy, jak i pielęgniarki. Zdaniem dr. Szramika to intryga uknuta przez rząd, by skłócić lekarzy ze środowiskiem. "Chcą nas załatwić rękami innych związków, ale my to już przerabialiśmy, my się nie damy".

I radzi pielęgniarkom: "Jeśli jest im źle i chcą coś wygrać, to niech same strajkują, zamiast liczyć na to, że ktoś im przyniesie pieniądze na tacy. My nie mamy nic przeciwko ich strajkowi. Ale na pewno pielęgniarki nie będą nam dyktować, co mamy robić. My ich nie reprezentujemy, tak samo jak nie reprezentujemy kolejarzy, hutników i dzieci w Chinach" - denerwuje się Szramik.

Jego zdaniem szefowa związku pielęgniarek popełniła błąd, że sama nie zwróciła się do lekarzy z propozycją przystąpienia do strajku. "A teraz próbuje to zatuszować i zwalić winę na lekarzy" - mówi Szramik.