"Wyrok jest głęboko niesprawiedliwy" - mówi PAP Kurski i zapowiada apelację.

Reklama

Sąd w poniedziałek nieprawomocnie uwzględnił główną część pozwu Stypułkowskiego wobec europosła. Zgodnie z wyrokiem ma on na miesiąc wynająć pięć billboardów (po dwa w Gdańsku i w Warszawie oraz jeden w Olsztynie), na których odpowiednio dużymi literami przeprosi Stypułkowskiego.

"To precedensowe rozstrzygnięcie ma na celu rzeczywiste naprawienie skutków naruszenia dóbr osobistych mego klienta przez dotarcie do jak najszerszego kręgu odbiorców zniesławiającej wypowiedzi" - powiedziała PAP mec. Barbara Kardynia-Bednarska, adwokat Stypułkowskiego.

Ponadto Kurski ma przeprosić w TVN Stypułkowskiego za zarzucenie mu, że w 2002 r. spowodował wypadek drogowy z trzema ofiarami śmiertelnymi oraz wpłacić 10 tys. zł na cel społeczny (w pozwie żądano 30 tys.).

W 2008 r. Prokuratura Okręgowa w Białymstoku umorzyła śledztwo w sprawie wypadku, uznając że to nie Stypułkowski był jego sprawcą, ale kierowca małego fiata, który wyjechał z drogi podporządkowanej. Stypułkowski miał przez pewien czas zarzut spowodowania wypadku. Po kolejnej opinii biegłego uznano jednak, że to kierowca fiata naruszył zasady bezpieczeństwa, choć i Stypułkowski jechał za szybko (105 km/h przy ograniczeniu do 90 km/h) - ale takie wykroczenie już się przedawniło.

Kurski, którego nie było na ogłoszeniu wyroku, może się odwołać do Sądu Apelacyjnego w Warszawie. W procesie wnosił o oddalenie pozwu, powołując się na "obronę społecznie uzasadnionego interesu".

W rozmowie telefonicznej z PAP Kurski zapowiedział, że złoży apelację. "Wyrok wpisuje się w linię orzecznictwa niszczącą ludzi Prawa i Sprawiedliwości" - oświadczył. Podkreślił, że w "aferze billboardowej" wszyscy jego świadkowie potwierdzili, że przekazali mu informacje, które potem upublicznił. "Alarmowałem opinię publiczną o wiedzy, którą miałem od wysokich funkcjonariuszy PZU" - dodał. Zwrócił uwagę, że już raz "został za to ukarany", a dziś "skazano go po raz drugi za to samo na wielotysięczne odszkodowanie". "Nie mogę tego traktować inaczej niż jako odwet za lata rządów PiS" - ocenił.



Kurski powiedział, że jest niepojęte, iż pozwał go człowiek, który uczestniczył w wypadku, w którym zginęło trzech młodych ludzi. Dodał, że sąd nie dopuścił przywoływanych przezeń dowodów, takich jak akta śledztwa tej sprawy, w której jeden z biegłych stwierdził, iż volvo Stypułkowskiego jechało z prędkością "od 144 do 156 km/h". Zwrócił uwagę, że powód odczekał ponad dwa lata aż za czasów PO umorzono śledztwo i dopiero wtedy go pozwał. "Dziś trzech młodych ludzi nie żyje, pan Stypułkowski tryumfuje, a Kurski ma przepraszać" - dodał europoseł. Jego zdaniem, "wszystko to jest bardzo, bardzo smutne".

Reklama

Kilka minut później ten sam sąd nakazał przeprosiny publicyście "Rzeczpospolitej" Rafałowi Ziemkiewiczowi za przypisanie sprawstwa tego wypadku Stypułkowskiemu w książce pt. "Michnikowszczyzna. Zapis choroby". Przeprosiny miałyby się ukazać w "Rz" i w "Gazecie Wyborczej".

W kwietniu 2006 r. w telewizji TVN Kurski oświadczył, że w 2005 r. PZU wycofało się z kampanii "Stop wariatom drogowym" i sprzedało przeznaczone dla tej kampanii billboardy za 3 proc. wartości firmie związanej z synem Andrzeja Olechowskiego, od którego miała je odkupić PO na kampanię prezydencką Donalda Tuska.

Te słowa wywołały poruszenie w świecie polityki i opinii publicznej. Prokuratura Okręgowa w Warszawie wszczęła śledztwo. W końcu stwierdzono, że nie ma śladów, by doszło do afery billboardowej i umorzono je. Także sam Tusk pozwał Jacka Kurskiego i uzyskał sądowy nakaz przeprosin. Zdaniem sądu Kurski nie sprawdził dostatecznie zarzutów, które postawił. Podczas przesłuchań w tym procesie okazało się, że świadkowie, na których powoływał się Kurski, nie potrafili przedstawić dowodów, mówili jedynie, że "o sprawie słyszeli".