Ustawy pod publikę
Projekt ustawy o świadczeniach rodzinnych przewiduje m.in. podwyższenie progów dochodowych do uzyskania świadczeń rodzinnych i z pomocy społecznej. Ma to zapewnić pomoc większej liczbie osób. Ten mechanizm koliduje jednak z ustawą o finansach publicznych, która przewiduje, że gdy na Polskę jest nałożona przez Brukselę procedura nadmiernego deficytu, nie można przyjmować projektów ustaw zwiększających wydatki – także tych na świadczenia rodzinne. Ale resort pracy kierowany przez Jolantę Fedak właśnie zaczął konsultacje tych pomysłów.
W ubiegłym tygodniu minister zdrowia Ewa Kopacz nieoczekiwanie zapowiedziała, że w ciągu kilku tygodni przedstawi pakiet rozwiązań przywracających w szkołach opiekę pielęgniarek i higienistek. I ten pomysł ze względów finansowych jest mało realny.
Mimo to projekty są procedowane. Rząd chce pokazać, że nie traci z oczu ważnych problemów albo wręcz uzasadnić sens pracy ministrów. Tak wyglądają też prace nad prawem lobbingowym czy antykorupcyjnym. Mają one niewielkie szanse na uchwalenie w tej kadencji, bo ustawa utknęła na Radzie Ministrów. Spór w rządzie między ministrami Michałem Bonim a Julią Piterą dotyczący zwłaszcza lobbingu niezawodowego doprowadził do pata. Ustawie są też przeciwne organizacje biznesowe.
Reklama



Jeszcze mniej prawdopodobne jest uchwalenie prawa antykorupcyjnego, czyli ustawy o zapobieganiu konfliktom interesów. Choć w lutym trafiło ono na listę rządowych priorytetów, dopiero tydzień temu pojawiły się założenia projektu.

Podobny los może spotkać założenia do ustawy o zwiększeniu efektywności OFE – są wpisane do planu prac rządu, ale nie ma szans, by ustawa została przyjęta.
– Niektóre z projektów robione są wyraźnie pod publikę lub media. Mają pokazać, że rząd coś robi i reaguje na problemy zwykłych ludzi. Na przykład prawo antykorupcyjne pachnie kampanią wyborczą i może być traktowane jako odpowiedź na to, co szykuje PiS – mówi dr Jacek Kucharczyk z Instytutu Spraw Publicznych.
Kontra wobec opozycji
Część rządowych pomysłów rzeczywiście jest zabezpieczeniem wobec działań opozycji. PiS czy SLD mają swoje wyborcze projekty, które koalicja odrzuci w Sejmie, uzasadniając, że rząd przygotowuje podobne.
Tak jest np. z wprowadzeniem podatku bankowego, nad którym pracuje resort finansów. Opozycja chce opodatkowania banków na rzecz budżetu, a Jacek Rostowski, minister finansów, myśli o stworzeniu funduszu zapewniającego bezpieczeństwo sektora. Prace nad projektem rządowym nabrały przyspieszenia i będzie on gotowy w najbliższych dniach, ale nic nie wskazuje na to, aby został przyjęty. Zwłaszcza że sceptycznie na ten temat wypowiedział się ostatnio Donald Tusk.


Ważne rzeczy do lamusa

Pod znakiem zapytania stanął tymczasem finał reformy edukacji. Ustawa dotyczy jakości kształcenia, subwencjonowania wychowania przedszkolnego 4- i 5-latków czy możliwości łączenia różnego typu szkół. Utknęła w Komitecie Stałym Rady Ministrów. Jeśli szybko nie stanie na rządzie, a w porządku obrad najbliższego posiedzenia jej nie ma, może się okazać, że rząd nie zdąży wysłać jej do Sejmu przed wakacjami.
Podobnie jest z inną ważną ustawą – o dostępie do informacji publicznej. Miała ona zrewolucjonizować dostęp do rządowych ekspertyz, analiz czy badań zlecanych przez władzę publiczną i dać możliwość wykorzystania tych wyników przez firmy do celów komercyjnych. Także ona utknęła po konsultacjach w komitecie.
Inny sztandarowy projekt, ustawa o dodatkowym ubezpieczeniu zdrowotnym, miał być wsparciem w finansowaniu służby zdrowia. Ewa Kopacz przedstawiła założenia projektu na początku marca, zaczęła go konsultować i na tym na razie koniec.
W tym kontekście szczęście ma resort gospodarki, bo jego druga część pakietu deregulacyjnego ma duże szanse na wejście w życie. Ustawę przyjął komitet i w ciągu dwóch tygodni ma ona stanąć na rządzie. Uchwalenie pierwszej części pakietu trwało 3 lata. Także w tym przypadku rząd musi się więc spieszyć.
Sejm kończy prace
Kalendarz jest bezlitosny. Do końca lipca marszałek Grzegorz Schetyna wyznaczył cztery posiedzenia Sejmu – najbliższe za tydzień. Potem zaczynają się parlamentarne wakacje, a w ich trakcie, w sierpniu, prezydent Bronisław Komorowski wyznaczy termin wyborów – prawdopodobnie na koniec października. To oznacza, że maksymalnie mogą się odbyć jeszcze cztery, najwyżej pięć posiedzeń.



Zważywszy jednak na inne przedwyborcze lata, lepiej, aby było ich jak najmniej, bo po wakacjach zacznie się ostra kampania wyborcza. Wtedy poprawki do niektórych ustaw mogą zupełnie zmienić ich sens.

Co się uda, a co jest skazane na klęskę
● Rząd zdąży z uchwaleniem: ustawy o bezpieczeństwie na Euro, drugiej części pakietu deregulacyjnego, zniesienia NIP, ustawy o naziemnej telewizji cyfrowej.
● Rząd nie zdąży z uchwaleniem: prawa antykorupcyjnego, dodatkowego ubezpieczenia zdrowotnego, podatku bankowego, ustawy efektywnościowej o OFE.
Co się dzieje z ustawami, nad którymi parlament nie dokończy prac? Projekty ustaw lub nawet uchwalone ustawy, do których nie zdąży się odnieść Senat lub które po poprawkach Senatu trafiły z powrotem do Sejmu, podlegają zasadzie dyskontynuacji. Ich ścieżka legislacyjna zostaje zamknięta i aby mógł nad nimi pracować parlament nowej kadencji, muszą być one formalnie wniesione jako nowy projekt. Wyjątki dotyczą projektów ustaw wniesionych z inicjatywy obywatelskiej lub związanych z prawem europejskim.
Rząd i resorty nad wszystkimi projektami muszą w nowej kadencji przynajmniej formalnie zacząć prace od nowa, a to może oznaczać m.in. obowiązek ponownego przeprowadzenia konsultacji.