„Nie wiem, zagubiony jestem, obejrzę debatę, kto lepiej wypadnie, na tego bęc. Albo na tego nieszczęśnika, co gorzej wypadnie - bęc. Z żalu i współczucia, że przegrał. Żeby mu zbyt smutno nie było”. Jest ktoś taki? Nawet jak jest, to kto inny mu musi powiedzieć, jaki był wynik debaty. Gołym okiem, aż tak gołym okiem wyniku nie widać. Aż tak gołe oko w przyrodzie nie występuje. Nawet w przyrodzie polskiej.

Zwolennicy pierwszego powiedzą, że wygrał pierwszy, zwolennicy drugiego powiedzą, że wygrał drugi. W mediach powiedzą, że był remis ze wskazaniem na jednego lub drugiego. Zależnie od mediów. Debata to jest mecz przeważnie dla obu stron zwycięski. Dlatego walą nań tłumy. Celem utwierdzenia się w wygranej, wiadomej - na dodatek - zawczasu. Nawet jak zdarzy się jakiś skandal, jak ktoś strzeli sobie samobója (w nogę), to zawsze pozostaje cień niewymiernej nadziei: może nie był to aż taki skandal i aż taki samobój? Może był jednak remis? Zwycięski? Niezdecydowanemu wyborcy to nie pomoże. Przeciwnie. Niezdecydowanie jego zostanie pogłębione.

Z reklamami jest tak samo. Spoty PiS zachwycają zwolenników PiS, szydzą z nich zwolennicy Platformy i na odwrót. Niezdecydowanych przekonują one? Ilu? Gdzie oni są? Jest choć jeden taki? Niby z jednego nawróconego większa radość niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, ale to tyczy innej dziedziny. Jeden pozyskany? Jeden to za mało, by przed wyborami skakać z radości. Tym bardziej że nawet tego jednego wyobrazić sobie ciężko. I co o nim myśleć? Co można myśleć o kibicu, który powiada: pójdę na mecz i tej drużyny, która wygra, kibicem zostanę.

Za daleko idę? Tu nie idzie o myślenie? Tu idzie o mięso wyborcze? O nawóz wyborczy? Każdy głos się liczy? Proszę bardzo. Dlatego jest, jak jest. Dlatego bywa, jak bywa. W systemie, który - jak powszechnie wiadomo - nie jest doskonały, ale - jak powszechnie wiadomo - niczego lepszego - jak dotąd - ludzkość nie wymyśliła. Myślenie nie jest mocną stroną ludzkości. Jak powszechnie wiadomo.

W debacie obecny premier kontra były prezydent nie było skandali ani samobójów, był w niej rytualny remis z odpowiednim wskazaniem. W sondażach wygrał Kwach - też nie dziwota; polityk ten sondaże wygrywa zawsze, na każdym stanowisku i w każdym stanie. Wielki dar Boży. I kompletnie niedoceniana przez jego przeciwników metoda. Być może podświadoma, być może niechciana i odrzucana, ale jakże skuteczna.

Założę się, co tam założę się! Roztrzęsioną rękę dam sobie obciąć, że nawet Kaczyński, jak by lekko przyprawił i przemówił do narodu po rusku, miałby skok w sondażach. Nawet niektórzy niezdecydowani by się zdecydowali. Niestety, premier nie zna języków. Najwyraźniej uczy się po niemiecku, ale "Jawohl" to za mało. Trzeba jeszcze się nauczyć: Nein, Hande hoch i Volkswagen.

Dopiero po opanowaniu i umiejętnym stosowaniu tych wyrażeń polska polityka zagraniczna nie tylko podniesie się z klęczek, ale stanie na równe nogi. Tego rodzaju stuprocentowych okazji do strzelenia bramki Kwaśniewski zupełnie nie wykorzystywał. Prawie nie zarejestrował - a wystarczyło to tylko dobrze powtórzyć - równie zachwycającej, co nieodpartej tezy Kaczora, że mianowicie miarą uczciwości rządu jest stopień wykrywalności zatrudnionych w rządzie przestępców. Im wykrywalność przestępców w rządzie wyższa - tym rząd uczciwszy.

Reklama

Nie pierwszy raz tę racę słychać i widać - nikt nie reaguje. Kwach miał to przed nosem - też nic. Mimo tych i paru innych niewykorzystanych sytuacji - w najgorszym razie - zremisował z Kaczyńskim. Nierozkręcony, nierozgrzany walką, przed rozpoczęciem sezonu, strudzony podróżami, z natury dobrotliwy, zremisował z rozpłomienionym ogniem kampanii, będącym w pełni formy i sezonu z natury jadowitym przeciwnikiem. Postkomunista i ekspezetpeerowiec zremisował z drugim Piłsudskim.

Swoją drogą: kto z Piłsudskim remisuje (wygraną taktownie pomińmy) ten - znaczy się - Piłsudskiemu dorównuje, z Piłsudskim jest porównywalny, Piłsudskim – siłą rzeczy - się staje. (Nawet jak "prawie", to w tym wypadku "prawie" nie robi różnicy, bo poza oryginałem wszyscy "prawie".) Dwóch zatem Piłsudskich mamy? Skąd! Jakich dwóch! Drugi Kaczor to pies? Drugi Kaczor to trzeci Piłsudski, w końcu wykapany jest jak pierwszy Kaczor - drugi Piłsudski. Wychodzi, że trzech Piłsudskich mamy jak drut, a i to nie wszystko, najmniej dwu następnych - w zaistniałej sytuacji - by się znalazło, paru innych zgłosiło. Nie za dużo tych Piłsudskich? Ile ich ma być? Przed wojną był jeden. Przed wojną było co innego.