Grzegorz Schetyna zrezygnował w piątek z kandydowania na następną kadencję przewodniczącego PO i poparł kandydaturę swojego zastępcy Tomasza Siemoniaka.

Reklama

Nie rozważałem kandydowania, bo byłem przekonany, że Grzegorz Schetyna będzie kandydował. Natomiast w sytuacji, gdy zdecydował, że nie kandyduje, rozmowy z różnymi osobami, ich wiara w to, że mogę wygrać i być dobrym szefem Platformy, dały mi mocny asumpt do tego, żeby taką decyzję podjąć - podkreślił Siemoniak pytany przez dziennikarzy o okoliczności podjęcia decyzji.

Według niego Schetyna zrezygnował "z poczucia odpowiedzialności za Platformę". Tak jak we wrześniu ub. roku desygnował Małgorzatę Kidawę-Błońską jako kandydatkę na premiera, również teraz uznał, że jego osoba "nie powinna być przeszkodą" - podkreślił polityk.

To trudna i odpowiedzialna decyzja, którą wszyscy w Platformie bardzo doceniają - powiedział Siemoniak o rezygnacji Schetyny. Gdy spotkaliśmy się przed świętami, umówiliśmy się, że wszelkie decyzje zapadną w czwartek 2 stycznia - zaznaczył. Siemoniak dodał, że taka rozmowa się odbyła i w jej efekcie on zdecydował się na kandydowanie.

Pytany, czy będzie chciał zaproponować Schetynie jakieś stanowisko, jeśli wygra wybory na szefa PO, odparł: Po 25 stycznia Grzegorz Schetyna będzie byłym przewodniczącym i nie sądzę, żeby ubiegał się o jakiekolwiek stanowiska. Jak dodał, Schetyna jest ważną postacią w historii Platformy, jest też posłem i "nie potrzeba mu formalnych tytułów, żeby odgrywał dużą rolę w polskiej polityce".

Siemoniak podkreślił, że "w interesie Platformy jest jak najlepsze zagospodarowanie" Schetyny, gdy już przestanie być szefem PO, tak jak zagospodarowani zostali jego poprzednicy. Donald Tusk był szefem Rady Europejskiej, a obecnie szefem Europejskiej Partii Ludowej, a Ewa Kopacz jest wiceprzewodniczącą Parlamentu Europejskiego.

Reklama

Polityk zaznaczył też, że Schetyna "jest politykiem młodym, który jeszcze ostatniego słowa nie powiedział". W polityce nic nigdy nie zamyka się na zawsze - dodał. Przekonywał, że uda mu się po wygranej zbudować taki zespół, "który będzie prowadził partię do zwycięstw wyborczych". Musimy wygrać wybory w Polsce powiatowej - mówił.

Pytany, co go różni z Borysem Budką, który uchodzi za faworyta wyborów szefa PO Siemoniak przekonywał, że obaj nieco inaczej stawiają akcenty. W grze jest też doświadczenie w zarządzaniu dużymi zespołami ludzkimi. Ja mam tutaj bardzo mocną kartę, bo MON to 140 tysięcy ludzi i cała masa problemów, które trzeba było rozwiązywać. Niech członkowie PO te kwestie biorą pod uwagę - podkreślił.

Zaapelował też do pozostałych kandydatów: Różnijmy się tak w tej kampanii, żeby potem móc razem współpracować, znamy się doskonale, pracowaliśmy razem w rządach i wierzę, że ta kampania ostatecznie nas nie podzieli.

Siemoniak był także pytany, czy niektórzy z kandydatów nie wycofają się i nie powtórzy się sytuacja z 2016 roku, gdy zarówno on jak i Borys Budka w ostatniej chwili zrezygnowali z kandydowania na stanowisko przewodniczącego partii, a potem obaj zostali zastępcami Schetyny.

Mogę mówić za siebie, ja na pewno się nie wycofam, w 2016 sytuacja była inna. W tamtych decyzjach Borysa Budki i mojej chodziło o wspólny interes i uratowanie Platformy w piekielnie trudnej sytuacji - przekonywał. Nie sądzę, że którykolwiek kandydat chciał się dziś wycofywać - dodał. Zapewnił, że sam jeszcze z żadnym z kontrkandydatów nie rozmawiał, bo jego decyzja "jest wczorajszo-dzisiejsza".

Przyznał, że wybory na szefa PO to "okoliczność utrudniająca" pełne skupienie się na kampanii kandydatki PO na prezydenta Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Ale trzeba działać, by priorytet kampanii prezydenckiej był zachowany - powiedział Siemoniak.