Już na początku swojej kadencji Donald Trump żartował, że Kanada mogłaby zostać 51. stanem USA. Choć wypowiedź była utrzymana w lekkim tonie, zdaniem amerykanisty UW prof. Jarosława Szczepańskiego zawierała w sobie istotne "ziarno prawdy". Jak podkreśla ekspert, obecny, 47. prezydent Stanów Zjednoczonych chętnie widziałby cały kontynent Ameryki Północnej – od Alaski po Grenlandię i od Zatoki Hudsona po Zatokę Amerykańską – "zjednoczony pod gwiaździstym sztandarem".
Zakończenie procesu zbierania ziem Ameryki Północnej byłoby swego rodzaju dopełnieniem tego, co John L. O’Sullivan nazwał w 1845 roku "Objawionym Przeznaczeniem" – zauważa prof. Szczepański. Pisał on, że "naszym oczywistym przeznaczeniem jest rozprzestrzenianie się i zajęcie całego kontynentu, ofiarowanego nam przez Opatrzność". Donald Trump zdaje się wierzyć w to przeznaczenie, a echa tej wiary pobrzmiewają w niedawno opublikowanej Narodowej Strategii Bezpieczeństwa - dodaje specjalista.
Według prof. Szczepańskiego celem obecnej administracji w Waszyngtonie jest podporządkowanie sobie całej zachodniej hemisfery. Ameryka, aby utrzymać pozycję światowego hegemona, musi kontrolować region i jego zasoby – podkreśla.
Tymczasem po drugiej stronie północnej granicy USA, w Kanadzie, narastają wewnętrzne napięcia. Choć w kontekście planów Donalda Trumpa coraz rzadziej mówi się o tym kraju, to właśnie tam ponownie ożywają ruchy separatystyczne. Najbardziej znanym pozostaje ruch Québécois, skupiony w francuskojęzycznej prowincji Quebec, której mieszkańcy posiadają silną, odmienną tożsamość sięgającą czasów kolonizacji francuskiej.
Jak jednak zaznacza prof. Szczepański, uwagę Waszyngtonu i Ottawy przyciąga dziś przede wszystkim kanadyjski interior. W na przełomie stycznia i lutego przygotowywane jest bowiem referendum niepodległościowe przez kraj dzikiej róży – Albertę. Jest to prowincja, w której granicach znajdują się największe kanadyjskie złoża ropy i gazu, która powoli dość ma polityki gospodarczej i socjalnej prowadzonej przez rząd w Ottawie - zaznacza ekspert.
I przypomina, że droga do referendum była przygotowywana już w 2025 roku. Premier Alberty Danielle Smith obniżyła wówczas progi referendalne, ułatwiając organizację głosowania. Równocześnie podkreślał wielokrotnie, że opowiada się za suwerennością Alberty w zjednoczonej Kanadzie (prowincje mają tam więcej autonomii niż stany w USA), ale jest demokratą i chce uszanować wolę wyborców – zauważa prof. Szczepański.
51. stan USA? Trump ma powód, by znów spojrzeć na Kanadę
Ekspert przypomina jednocześnie, że ruch separatystyczny w Albercie ma przede wszystkim podłoże ekonomiczne. Jego początki sięgają lat 80. XX wieku i sprzeciwu wobec National Energy Program rządu Pierre’a Trudeau – ojca obecnego premiera Kanady. Ruch przygasł na przełomie wieków, ale odżył po wyborach w 2015 roku, a następnie wzmocnił się po kolejnych wyborach w 2019 roku, w których ponownie zwyciężył Justin Trudeau.
Można powiedzieć, że obywatele kraju dzikiej róży nie mają szczęścia do rządów rodziny Trudeau – komentuje dla Dziennik.pl prof. Szczepański.
Głównym źródłem frustracji mieszkańców Alberty jest federalna polityka klimatyczna. Regulacje środowiskowe, forsowane przez Ottawę, bywają w interiorze określane jako "wojna z przemysłem naftowym". Zwolennicy separacji sugerują, że Alberta mogłaby obniżyć podatki i zwiększyć produkcję ropy po odłączeniu się od Kanady. Marzy im się więc scenariusz norweski. Prowincja nie posiada jednak dostępu do morza i ewentualny eksport musiałby się odbywać bądź przez Kanadę bądź USA – rurociągami - wskazuje amerykanista.
Zdaniem prof. Szczepańskiego losy referendum nie są przesądzone. Choć prawdopodobieństwo jego przeprowadzenia jest wysokie, sukces separatystów wydaje się mało realny. Sam proces pozostaje jednak pewnym znakiem czasu i papierkiem lakmusowym tego co dzieje się w Kanadzie pogrążonej w coraz większym kryzysie mieszkaniowym i wewnętrznych napięciach politycznych - podkreśla ekspert.
I zaznacza, że nie można przy tym wykluczyć, że referendum w Albercie stanie się dla Donalda Trumpa pretekstem do ponownego podniesienia tematu 51. stanu USA oraz przyszłości Kanady i Grenlandii. Jak zauważa prof. Szczepański, tzw. "doktryna Donroe" – jak Trump określa współczesną wersję doktryny Monroe – dopuszcza możliwość roztoczenia amerykańskiej "opieki" nad kolejnymi terytoriami, zwłaszcza tymi bogatymi w surowce energetyczne.
Proces reorganizacji systemu zachodniej hemisfery, wraz z interwencją w Wenezueli oraz zapowiadanymi działaniami wobec Kuby i Meksyku, zdecydowanie wchodzi w kolejną fazę – podsumowuje ekspert.
Skąd pomysł na "51. stan USA"?
Donald Trump od wygranej drugiej kadencji prezydenckiej wielokrotnie sugeruje, że Kanada mogłaby stać się 51. stanem Stanów Zjednoczonych. Twierdzi, że USA "subsydiują" Kanadę ogromnymi kwotami, a obecne porozumienia handlowe są dla Ameryki niekorzystne. W jego narracji przyłączenie Kanady oznaczałoby dla Kanadyjczyków niższe podatki i gwarancje bezpieczeństwa militarnego, a dla USA – pełną kontrolę nad północnym sąsiadem. Trump po raz pierwszy rzucił ten pomysł w rozmowie z premierem Justinem Trudeau w kontekście groźby ceł, a następnie zaczął konsekwentnie nazywać Kanadę "stanem", a jej premiera "gubernatorem". Choć wypowiedzi często mają formę prowokacji lub żartu, wpisują się w presję handlową i polityczną wobec Ottawy.