Co mogą zaatakować terroryści w Ameryce? Plażę na końcu ulicy, pchli targ w Kansas, lodziarnię w Alabamie albo... festiwal jabłek i wieprzowiny w Alabamie. To nie nowa komedia, tylko oficjalna lista amerykańskiego Departamentu Bezpieczeństwa Narodowego.
Senatorowie, którzy przeprowadzili kontrolę departamentu są wściekli. "To przecież jakaś paranoja" - grzmi Charles E. Schumer z Nowego Jorku. Bo cały trik polega na
tym, że miejsca wymienione w raporcie dostają pieniądze na zabezpieczenia antyterrorystyczne. Podatnicy pokrywają więc koszty ochrony ZOO Starego McDonalda czy Parady Dnia Muła.
A tych wszystkich dziwnych i malutkich miejsc, jak fabryczka popcornu w okręgu Amish, jest więcej niż ważnych budynków i instytucji. W samym stanie Indiana jest 9000 zagrożonych obiektów, czyli więcej niż w Nowym Jorku i Kaliforni razem wziętych. Okazuje się więc, że dla obecnego rządu ważniejsze jest chronienie mieścin, o których nie słyszał nikt, poza ich mieszkańcami, niż instytucji, które faktycznie mogą zostać zaatakowane.
Trudno przecież przypuszczać, że Bin Laden planowałby atak na tak ważną instalację rządową, jak wymieniona w raporcie "plaża na końcu ulicy".
A tych wszystkich dziwnych i malutkich miejsc, jak fabryczka popcornu w okręgu Amish, jest więcej niż ważnych budynków i instytucji. W samym stanie Indiana jest 9000 zagrożonych obiektów, czyli więcej niż w Nowym Jorku i Kaliforni razem wziętych. Okazuje się więc, że dla obecnego rządu ważniejsze jest chronienie mieścin, o których nie słyszał nikt, poza ich mieszkańcami, niż instytucji, które faktycznie mogą zostać zaatakowane.
Trudno przecież przypuszczać, że Bin Laden planowałby atak na tak ważną instalację rządową, jak wymieniona w raporcie "plaża na końcu ulicy".
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|