Javier Solana, szef unijnej dyplomacji jest w Bejrucie. Chce na miejscu zmusić Izrael i Hezbollah do zawarcia pokoju. Izrael obiecuje, że skończy ataki, gdy terroryści wypuszczą dwóch porwanych żołnierzy, a granicę libańsko-izraelską będzie patrolować regularna armia, a nie bojówki z Hezbollahu. Tymczasem Arabia Saudyjska i Kuwejt dają rządowi w Bejrucie 50 milionów dolarów na odbudowę zniszczonej infrastruktury. Końca wojny jednak nie widać i wciąż giną cywile.
Misja Solany jest prosta. Zrobić wszystko, by na libańskich cywilów przestały wreszcie spadać izraelskie bomby. Chce też sprawdzić, czy prawdą są oskarżenia, że
Izrael stosuje bomby fosforowe, zakazane międzynarodowymi traktatami. Javier Solana ma nadzieję, że powstrzyma także Izrael przed jakimikolwiek planami ataku na Syrię.
Na sytuację w Libanie zareagowali też przywódcy najbogatszych państw świata, obradujących w Petersburgu. Walnęli pięścią w stół i kazali terrorystom z Hezbollahu skończyć ostrzeliwanie rakietami Izraela. Jednocześnie jednak poprosili Izrael o powściągliwość w walce z terrorystami.
A tymczasem Bliski Wschód cały czas stoi w ogniu. Kolejnych dziesięciu Libańczyków zginęło, gdy izraelski śmigłowiec ostrzelał jeden z budynków w Bejrucie. Okazało się, że wbrew podejrzeniom pilota nie kryli się w nim terroryści z Hezbollahu, a zwykli cywile.
Choć Izrael zapowiada, że gdy tylko dostanie w swe ręce porwanych żołnierzy, to natychmiast samoloty wrócą do baz, jednak końca walk nie widać. Pojawiają się tylko nowe oskarżenia. Izraelscy wojskowi twierdzą, że rakiety Hezbollahu, które spadają na Hajfę są syryjskiej produkcji. Jednak, jak twierdzą generałowie, Izrael nie ma żadnych planów ataku na Syrię. Zwłaszcza że Syrię wspiera Iran.
Na sytuację w Libanie zareagowali też przywódcy najbogatszych państw świata, obradujących w Petersburgu. Walnęli pięścią w stół i kazali terrorystom z Hezbollahu skończyć ostrzeliwanie rakietami Izraela. Jednocześnie jednak poprosili Izrael o powściągliwość w walce z terrorystami.
A tymczasem Bliski Wschód cały czas stoi w ogniu. Kolejnych dziesięciu Libańczyków zginęło, gdy izraelski śmigłowiec ostrzelał jeden z budynków w Bejrucie. Okazało się, że wbrew podejrzeniom pilota nie kryli się w nim terroryści z Hezbollahu, a zwykli cywile.
Choć Izrael zapowiada, że gdy tylko dostanie w swe ręce porwanych żołnierzy, to natychmiast samoloty wrócą do baz, jednak końca walk nie widać. Pojawiają się tylko nowe oskarżenia. Izraelscy wojskowi twierdzą, że rakiety Hezbollahu, które spadają na Hajfę są syryjskiej produkcji. Jednak, jak twierdzą generałowie, Izrael nie ma żadnych planów ataku na Syrię. Zwłaszcza że Syrię wspiera Iran.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|