Myśliwce nie dają wytchnienia bojownikom Hezbollahu i libańskim żołnierzom. Dziś rano zniszczyły koszary pod Bejrutem. Dziesięciu żołnierzy zginęło w bombardowaniu. Trzydziestu
zostało rannych.
Takie naloty będą powtarzać się jeszcze przez kilka tygodni. Akcje skończą się, gdy Hezbollah i libańska armia nie będą miały czym strzelać do Izraela. Szymon Peres, wicepremier
izraelskiego rządu, wylicza, że bojownicy mogą odpalić na państwo żydowskie jeszcze około 12 tysięcy rakiet. Dostają je od Syrii i Iranu. Walki zakończą się, o ile do Libanu nie trafią
kolejne rakiety. Jak długo mogą potrwać? "Z pewnością nie przeciągną się na kilka miesięcy" - optymistycznie mówi Mosze Kaplinsky, zastępca naczelnego
dowódcy armii izraelskiej.
Izraelska minister spraw zagranicznych wyciąga do Libanu rękę i mówi, że chce rozpocząć negocjacje. Na razie dotyczyłyby one wymiany libańskich więźniów na
dwóch porwanych żydowskich żołnierzy, ale to i tak ogromny przełom. Do tej pory Izrael żądał bezwarunkowego uwolnienia uprowadzonych i zamiast rozmawiać, wolał bombardować
Liban.