Dziennik Gazeta Prawana logo

"Trzeba rozmawiać z Hezbollahem"

12 października 2007, 13:31
Ten tekst przeczytasz w 6 minut
Zanim doszło do obecnego konfliktu, obie strony – Izraelczycy i Palestyńczycy – popełnili poważne błędy. Najgorszym była jednak obojętność społeczności międzynarodowej u progu wojny Hezbollahu z Izraelem.

Konflikt Izraela z sąsiadami trwa już pięćdziesiąty ósmy rok. Organizacje terrorystyczne, takie jak Hezbollah, Islamski Dżihad czy OWP, wspierane przez niektóre kraje arabskie, postawiły sobie za cel zepchnięcie państwa Żydów do morza. Po latach międzynarodowych nacisków (w tym przede wszystkim Unii Europejskiej) przywódca OWP Jaser Arafat doprowadził do wykreślenia tego postulatu z kodeksu swej organizacji. Inne organizacje stanowiące realną siłę polityczną w regionie, takie jak Hezbollah, mimo wielu nacisków wspólnoty międzynarodowej nie zgodziły się na zmiany. Po wycofaniu się Izraela z Libanu Hezbollah, jak się o tym dziś boleśnie przekonujemy, zbudował kilometry podziemnych tuneli i schronów oraz zaopatrzył się w tysiące rakiet.

Spóźniona reakcja świata

Kiedy przed kilkunastoma dniami spadały pierwsze z nich (inna rzecz, że nie powodując wielu strat), społeczność międzynarodowa wydawała się obojętna. A już wtedy było wiadomo, iż Izrael przygotowuje się do operacji wojskowej na dużą skalę. Brak stanowczej krytyki takiego posunięcia rządu izraelskiego przez organizacje międzynarodowe uważam za ich ogromne zaniedbanie. Następne wypadki potoczyły się jak po równi pochyłej. Izrael popełnił kolejny błąd, gdy wykorzystując swoją potegę militarną, uderzył w Liban. Użycie siły powinno zostać zarezerwowane dla sytuacji, gdy bezpieczeństwo państwa jest poważnie zagrożone i zostaną wyczerpane wszystkie rozwiązania polityczne, tym bardziej w czasach, gdy scena polityczna może w każdej chwili stanąć w płomieniach. Przemoc należy traktować jako środek absolutnie ostateczny. Tymczasem wydaje się, że Izrael posłużył się armią do rozwiązania konfliktu politycznego.

W moim osobistym przekonaniu decyzja Izraela jest następstwem pospiesznego użycia siły w Iraku. To właśnie w interwencji w Bagdadzie doszukiwałbym się powodu radykalizacji znacznej części międzynarodowej sceny politycznej. Nerwowe reakcje stają się przyczyną kolejnych błędów. Izrael powinien był się już nauczyć, że prowadzone przezeń wojny, choć na krótką metę zwycięskie, prowadzą do zaognienia konfliktu regionalnego. Po każdej interwencji wojskowej nienawiść sąsiadów rosła. Tak dzieje się również obecnie.

Zaproponowaną przez premiera Tony’ego Blaira inicjatywę rozmów na Bliskim Wschodzie, która została upubliczniona przypadkiem za sprawą włączonego mikrofonu na szczycie G8, uważam za najwłaściwszą. Niestety, okazała się ona mocno spóźniona podobnie jak niemal wszystkie reakcje Blaira w dziedzinie polityki zagranicznej. Wielka Brytania zachowuje się nie jak partner Stanów Zjednoczonych, lecz ich niewolnik. Podobnie zresztą czynią pozostali sojusznicy. Tymczasem stosunki euroatlantyckie potrzebują nowego, zdrowego fundamentu. Europejczycy powinni wyrażać swoje poglądy i krytykować Waszyngton z partnerskiego poziomu, a różnice zdań należy rozstrzygać z poszanowaniem tej zasady. Nie zachowujmy się wobec Waszyngtonu niczym państwa satelickie wobec Moskwy w okresie zimnej wojny.

Tak więc premier Blair niejako automatycznie zgodził się na rozwiązania proponowane przez Stany Zjednoczone, które wykluczają możliwość rozmów z Hamasem.

Zadaniem dyplomacji międzynarodowej jest przypominanie, że trzeba rozmawiać z ludźmi, którzy, choć w przeszłości popełnili zło, dziś chcą zrezygnować z terroryzmu i usiąść do negocjacji. Dzięki tej zasadzie Wielkiej Brytanii udało się wynegocjować zawieszenie broni w Irlandii Północnej. Myślę, że teraz do rozmów można zaprosić palestyński Hamas i libański Hezbollah. Trzeba być gotowym do przebaczenia im popełnionego zła, pomóc im odejść od terroryzmu. To bardzo trudne, ale możliwe.

Państwo palestyńskie musi powstać

Stany Zjednoczone chcą, by zawieszenie broni było trwałe. Jako dyplomata rozumiem tę decyzję. Jednak takiego zawieszenia nie da się wynegocjować dziś lub jutro. To długofalowy proces. Tymczasem dziś są potrzebne krótkoterminowe rozwiązania, by przynajmniej częściowo zażegnać ten konflikt. Trzeba też pamiętać, że bez ostatecznego załatwienia kwestii palestyńskiej nie da się zapewnić trwałego pokoju w regionie. Coraz więcej Arabów uważa bowiem, że Palestyńczykom dzieje się krzywda. Są gotowi walczyć z Izraelem o sprawiedliwość. Problem izraelsko-palestyński jest bardzo złożony i dlatego nie można słuchać racji tylko jednej strony. W innym razie sytaucja stanie się pewnego dnia tak skomplikowana, że nikt z zewnątrz nie będzie w stanie jej rozwikłać. Europejscy przywódcy powinni więc przekonywać Stany Zjednoczone, iż musi powstać państwo palestyńskie.

Do osiągnięcia tego celu wskazuje się Organizację Stanów Zjednoczonych. Oczywiście ONZ jako instytucja i metoda polityczna odegra bardzo istotną rolę. Jednak potrzebne jest większe zaangażowanie dyplomatyczne społeczności międzynarodowej. Trzeba ponownie rozpocząć rozmowy w sprawie utworzenia dwóch państw: Izraela i Palestyny. Muszą się znaleźć nowi politycy z większą siłą przekonywania. Jednocześnie powinno się naciskać na ONZ w sprawie uchwalenia rezolucji o zakończeniu wojny w Libanie i konieczności natychmiastowego rozbrojenia tamtejszych bojówek

Podejmowane przez Ariela Szarona wysiłki zbudowania muru oddzielającego Izrael od Palestyny spełzły na niczym, bo postawiono go w złym miejscu. Głośno o tym mówili Palestyńczycy. Kiedy tam byłem, widziałem uzbrojone po zęby patrole izraelskie, które przebywały w Strefie Gazy mimo oficjalnego oświadczenia o ich wycofaniu. Te fakty budzą ciągłe rozgoryczenie narodu palestyńskiego. I w negocjacjach trzeba o nich pamiętać.

Sytuację dodatkowo komplikuje to, że Palestyńczycy nie mają swojego lidera. Po śmierci Arafata nie znalazł się godny jego następca. Ale nawet Arafat nie był dobrym negocjatorem w sprawach pokojowych. Dlatego społeczność międzynarodowa powinna dołożyć wszelkich starań, by udało się wyłonić takiego przywódcę gotowego do rozmów. I by równocześnie zyskał on poparcie środowisk palestyńskich

Obecna wojna potrwa jeszcze co najmniej kilka tygodni, bo nie widać poważnej inicjatywy dyplomatycznej, której celem byłoby zakończenie tego konfliktu. Kiedyś jednak się skończy. W jej efekcie Izrael co prawda osłabi Hezbollah, ale go nie pokona. Sam z tego konfliktu też wyjdzie osłabiony. Prawdopodobnie zniszczenia miast izraelskich będą większe. Ale co najważniejsze, znów się okaże, że problemu politycznego nie da się rozwiązać militarnie. Obie strony będą żywiły do siebie niechęć. A wśród Arabów wzrośnie rozgoryczenie i nienawiść wobec Izraela. Jeśli nie podejmie się poważnych negocjacji z udziałem międzynarodowej dyplomacji, wkrótce możemy stać się świadkami kolejnej wojny.

------------------------------
Lord Douglas Richard Hurd
minister w rządach Margaret Thatcher i Johna Mayora. Szef brytyjskiej dyplomacji w latach 1979-83 i 1990-95. Po wojnie o Kanał Sueski w 1956 roku brał udział w negocjacjach pokojowych między krajami zachodnimi a Egiptem i Izraelem. W 1990 roku namawiał Izrael do negocjacji pokojowych z Organizacją Wyzwolenia Palestyny.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj