Dziennik Gazeta Prawana logo

"Terroryści gardzą ludźmi i chcą zabijać"

12 października 2007, 13:31
Ten tekst przeczytasz w 6 minut
12 lipca Hezbollah – sponsorowana i inspirowana przez Iran organizacja terrorystyczna, która otwarcie przyznaje, że jej celem jest zniszczenie Izraela – przeprowadził niesprowokowany atak na terytorium izraelskie, którego częścią było porwanie trzech żołnierzy z ich posterunku. Jako państwo suwerenne, przeciwko któremu został popełniony w sposób wyraźny akt agresji, Izrael przeprowadził kontratak. Zgodnie z kartą ONZ miał do tego prawo w ramach obrony własnego terytorium.

W tym konflikcie problemem pozostaje Hezbollah, który posługuje się mieszkańcami Libanu jako ludzkimi tarczami. Właśnie z powodu tej potwornej taktyki nie udaje się uniknąć ofiar cywilnych podczas kontrataków izraelskich. O wyborze takiego „stylu prowadzenia wojny zadecydował Hezbollah; konsekwencją tego było uderzenie bomb izraelskich w blok mieszkalny w Kanie. Taką samą taktykę terroryści zastosowali w roku 1996, gdy skłonili Libańczyków do wejścia do opuszczonego budynku misji ONZ. O ruchu tym nie wiedzieli ani sami obserwatorzy, ani armia izraelska: raporty wojskowe mówiły o kryjówkach terrorystów. Wówczas także na Kanę spadły bomby, pod którymi zginęło ponad stu Libańczyków.

Hezbollah nie od dziś zdaje sobie sprawę, że najskuteczniejszym sposobem rozbrojenia Izraela jest wciąganie go w tego rodzaju pułapki. Efektem wymierzonych w terrorystów działań jest wówczas cierpienie i dramat ludności cywilnej, poruszenie światowych mediów, struktur międzynarodowych i organizacji humanitarnych. Terroryści nie mają żadnych oporów, by poświęcać niewinne życie. W istocie gardzą Libańczykami, Izraelczykami oraz wszystkimi, którzy stoją na drodze do zbudowania przez nich imperium islamskiego.

Kto potrzebuje ofiar

Jeszcze w niedzielę Izrael był o krok od porozumienia dyplomatycznego. Kiedy premier Ehud Olmert mówił: „Nie spieszymy się do zawieszenia ognia, zanim nasze cele nie zostaną w pełni osiągnięte, nie wiedział, że godzinę wcześniej izraelski śmigłowiec ostrzelał trzypiętrowy budynek mieszkalny w Kanie, który powinien być pusty. Niestety, tragedia w Kanie przekreśliła na razie widoki na zawieszenie broni. Terroryści chcą zabijać dalej i nie zależy im na załagodzeniu konfliktu

Przed atakiem armia izraelska usiłowała zredukować do minimum liczbę ofiar. Przez dwa dni izraelskie samoloty zrzucały ulotki, w których nawoływano mieszkańców do jak najszybszego opuszczenia całego obszaru. Analitycy nie mieli bowiem wątpliwości, że Katiusze i inne rakiety, które spadają na Hajfę i Nahariję oraz pozostałe miejscowości w północnym Izraelu wystrzeliwane są z terenu osiedli mieszkalnych. Coraz więcej faktów zdaje się jednak świadczyć o tym, że Hezbollah nie pozwolił ich mieszkańcom na opuszczenie zagrożonej strefy. Pokazane na forum ONZ zdjęcia z osiedli ujawniają przerażającą prawdę: wyrzutnie Hezbollahu stoją pomiędzy budynkami mieszkalnymi. Terroryści wystrzeliwują też rakiety ze specjalnie przygotowanych mieszkań w blokach. Oto, kto popełnia zbrodnie wojenne.

Armia izraelska stara się ograniczyć liczbę strat wśród osób cywilnych, używając precyzyjnej broni, której użycie pociąga za sobą niewielkie straty wokoło niż amunicja starszego typu. Różni się ona znacznie od pocisków Katiusza, których tysiące wystrzeliwuje Hezbollah, starając się spowodować możliwie największe straty. W Izraelu i krajach Zachodu każda śmierć jest powodem smutku i cierpienia. Straty izraelskie są natomiast dla Hezbollahu powodem do świętowania i radości.

Mimo wysiłków Izraela zginęły setki Libańczyków, tysiące są ranne. Wspólnota międzynarodowa potępiła Izrael za te ofiary, uznając, że Tel Awiw dopuścił się zbrodni wojennych. Odpowiedzialność za śmierć Libańczyków ponosi jednak nie Izrael, lecz Hezbollah. Zgodnie z zasadami prawa międzynarodowego w sytuacji, gdy podczas konfliktu zbrojnego wojsko ukrywa się za ludnością cywilną, wykorzystując jej domy i budynki, to właśnie ono winno być obwiniane za straty, jakie mają wówczas miejsce.

Solidarność świata

Jeśli społeczność międzynarodowa chce naprawdę pomóc w rozwiązaniu konfliktu bliskowschodniego, powinna zaprzestać oskarżania Tel Awiwu. W miejsce tego świat powinien nalegać na wykonanie rezolucji ONZ nr 1559, która nawołuje do natychmiastowego rozbrojenia Hezbollahu. Rezolucja ta nigdy nie została wykonana. Społeczność międzynarodowa powinna domagać się oddania trzech porwanych żołnierzy izraelskich. Powinna też przemyśleć strategię militarną odbicia i utrzymania terytorium Libanu graniczącego z Izraelem, które zostało zawłaszczone przez Hezbollah.

Polska ma w tej sprawie do odegrania kapitalną rolę. Polacy jak żaden naród znają doświadczenie oblężenia przez sąsiadów. Jak żaden naród znają też sens walki o wolność. Polska powinna zatem przekonywać inne kraje, które nie są tego świadome, że Izrael jako suwerenny kraj ma prawo do obrony, w tym także do odpierania ataków terrorystycznych. Zadanie to jest tym ważniejsze, że ONZ wielokrotnie dawał dowody, jak mało skuteczny bywa podczas najgroźniejszych kryzysów, choćby podczas wojny lat 90. w byłej Jugosławii. Na podobnej zasadzie politykę Izraela wspierają już dziś.

Stany Zjednoczone, które dotknięte są groźbą zamachów terrorystycznych. Stąd deklaracja ambasadora Izraela przy ONZ Dana Gillermanna, iż państwo izraelskie prowadzi wojnę z terroryzmem, która jest zarazem wojną o cywilizację zachodnią.

Dopóki nie zostaną wykonane rezolucje ONZ w stosunku do Libanu, Izrael będzie kontynuował działania wojskowe i nie może być mowy o zawieszeniu ognia. Nawet przedstawiciel Libanu w ONZ zadeklarował niedawno, że Hezbollah przy pomocy Syrii i Iranu zbudował nowoczesne instalacje wojskowe i „wrósł w Liban niczym nowotwór: trudno dziś znaleźć wolną od niego tkankę. Wystarczyło na to sześć lat od chwili opuszczenia tych terenów przez armię izraelską.

Rezygnacja Izraela z kontynuowania działań wojennych może wywołać jak najgorsze skutki: nie upłynie wiele czasu, zanim rozgorzeje kolejna wojna. Tym razem jednak ostrzałowi towarzyszyć będzie interwencja żołnierzy syryjskich wspieranych przez Iran, dla którego będzie to doskonała okazja, by spełnić odwieczne marzenie o wymazaniu Izraela z mapy. Bóg raczy wiedzieć, czym skończyć się może taki konflikt.

--------------------
Norman Podhoretz politolog, teolog i krytyk literacki, jeden z twórców i intelektualnych liderów neokonserwatyzmu. Absolwent Columbia University i Jewish Theological Seminary, przez 35 lat redaktor naczelny miesięcznika „Commentary. W latach 1981 1987 współpracował z U.S. Information Agency, odpowiedzialną za kształtowanie wizerunku Stanów Zjednoczonych na świecie. Jest autorem kilkunastu książek, z których do najgłośniejszych należy „Dlaczego byliśmy w Wietnamie, broniąca amerykańskiej racji stanu (1982 r., w Polsce wydana w drugim obiegu w sześć lat później). Ostatnio opublikował: The Prophets: Who They Were, What They Are (2002)

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj