Wszedł do szkoły tuż po południu. Miał na sobie czarny wojskowy mundur. Spokojnie wkroczył do szkolnej stołówki. Bez słowa, na oślep, zaczął strzelać z dużego snajperskiego karabinu. "Miał kamienną, zimną twarz" - mówią ci, co przeżyli.
Wybuchła panika. Studenci i nauczyciele uciekali w popłochu, chowali się w klasach. Już w chwilę później budynek szkoły otoczyły dziesiątki radiowozów. Przyjechały też karetki. Po kilku minutach krwawej jatki zabójca wybiegł przed szkołę. Nagle padł martwy na ziemię. Nadal nie jest jednak pewne, czy popełnił samobójstwo, czy został zastrzelony przez policję.
Nie potwierdziły się doniesienia, że napastników było więcej. Na szczęście nieprawdziwe okazały się też wcześniejsze informacje o liczbie ofiar. Wcześniej mówiono o czterech zabitych. Nadal nieznane są motywy szaleńca. Kanadyjskie służby specjalne wykluczają jednak atak terrorystyczny, a strzelaninę wiążą z podobną, do jakiej doszło 17 lat temu, również w Montrealu. Wtedy to Marc Lepine zastrzelił 14 kobiet na miejscowej politechnice i popełnił samobójstwo. Pewne jest jedno: w Kanadzie rozpoczęła się na nowo dyskusja o dostępie do broni.