We wschodnim Bagdadzie do amerykańskich patroli strzelają szyiccy snajperzy, a w zachodnim bomby-puapki na trasie patroli podkładają sunniccy partyzanci.
Dowódcy operacji w Bagdadzie alarmują, że najzacieklejsze walki dopiero nastąpią i proszą o wsparcie sześciu irackich batalionów, czyli 3000 żołnierzy. Mieliby oni wesprzeć 30 tysięcy żołnierzy irackich i 15 tysięcy amerykańskich, którzy są już w mieście.
Wojskowi twierdzą, że o zwycięstwie będzie można mówić dopiero, gdy bezpieczeństwo w stolicy zdoła zapewnić iracka policja. A gdy w Bagdadzie zapanuje spokój, rząd będzie mógł skupić się na ustabilizowaniu sytuacji w innych częściach kraju. Ale na to się nie zanosi...
Jak mówi były analityk Pentagonu Anthony Cordesman, bitwa o Bagdad staje się "rozstrzygającym momentem w irackiej wojnie". "Przegrana w Bagdadzie będzie oznaczać klęskę. Irak pogrąży się w wielkiej wojnie domowej" - twierdzi analityk.
Według danych ONZ, w sierpniu w Bagdadzie zginęło ponad trzy tysiące cywilów.