Ta ofiara miała szczęście, bo strażnicy chybili. Ale kilkuset innych Kurdów tego szczęścia nie miało. Gwardziści Husajna przywieźli ich autobusami na miejsce straceń koło Ramadi w Iraku. Potem wyprowadzali po dwóch, na głowy nakładali im worki i bezlitośnie rozstrzeliwali. Nie pomagały błagania i płacz. Tym, którzy czekali na egzekucję, pozostawały tylko modlitwy do Allaha.
"Mordowali nas w nocy, przy świetle reflektorów autobusów. Tak, jak mi kazali, położyłem się na ziemi. Potem słyszałem strzały i ktoś zawlókł mnie za nogi do wielkiego dołu. Leżeli tam moi przyjaciele, moja rodzina. Wszyscy martwi" - opowiadał na procesie Saddama w październiku wstrząśnięty wspomnieniami z przeszłości mężczyzna. W masowym grobie leżał całą dobę. Potem przez kolejne trzy dni przedzierał się, bez jedzenia i picia, do Kurdów na północy Iraku.
Masakrę zorganizowali siepacze Saddama pod koniec lat osiemdziesiątych. Wymordowali około 180 tysięcy Kurdów, mieszkańców irackiego Kurdystanu za to, że sprzeciwiali się władzy Husajna.
Mężczyzna, który przeżył egzekucję, zeznawał ukryty za kotarą, bo - jak przyznał - boi się zemsty wiernych ludzi Saddama. Husajn słuchał jego słów z ironicznym uśmieszkiem na ustach. Wtedy nic nie robił sobie z tego, że za tę masakrę, jak i za wymordowanie 148 szyitów spod Bagdadu w 1982 roku, groziła mu śmierć.
Sędziowie uznali go winnym zbrodni przeciw ludzkości. Dziś o świcie zawisł na szubienicy.