Gdyby dorwali go w swoje ręce, rozszarpaliby na miejscu. Na jego szczęście siedział za kratami. Wściekłe tłumy zdemolowały dom biznesmena na przedmieściach New Delhi (Indie), który razem ze swoim służącym zabił co najmniej 17 kobiet i dzieci.
Moninder Singh Pander oraz jego sługa, Surender Kohli, wabili swoje ofiary do siebie. Poznanym na ulicy dzieciom obiecywali słodkości. W domu gwałcili ofiary i dusili je. Kości niektórych grzebali na swoim podwórzu. Gdy policjanci zatrzasnęli im kajdanki na dłoniach, szybko przyznali się do zabójstwa 15 osób.
Ale policja jest pewna - ta liczba jeszcze wzrośnie, bo w sumie z okolicy, w której mieszkał biznesmen, w ciągu ostatnich kilku lat zniknęło aż 38 osób.
W tej sprawie oskarżona jest także lokalna policja. Za co? Lekceważyła zgłoszenia ludzi o zaginięciu krewnych. Bo tymi najbiedniejszymi nikt się w Indiach nie interesuje. "Krzyczeli na mnie, gdy przychodziłam w sprawie zniknięcia córki” - rozpacza Vadana Sarkar, matka jednej z zabitych.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|