Jest ich około trzech tysięcy. Około, bo nikt dokładnie nigdy nie liczył, ile bezdomnych dzieciaków wałęsa się po Odessie. Bo i po co liczyć, skoro nikt nie przejmuje się ich losem. Rodzice siedzą za kratami albo żyją zamroczeni gorzałą. A one same muszą o siebie zadbać.

Te, które mają kilkanaście lat, przez młodszych traktowane są jak guru. To oni decydują, gdzie dziś szukać będą jedzenia, kto dostanie skręta do palenia. Udają twardzieli, ale gdy nikt nie widzi, wyją z samotności, biedy i głodu.

Przed dziećmi ulicy z Odessy nie ma przyszłości: większość z nich, jak ojcowie i matki, trafi w końcu do więzień, wiele zaćpa się na śmierć. "Dlaczego nikogo nie obchodzimy?" - pyta 12-letni Slavik. I zanosi się od płaczu. Za chwilę uspokaja się nieco. Sięga po torebkę z klejem i wdycha ze wszystkich sił. Żeby zamroczyć się na parę godzin i zapomnieć, gdzie przyszło mu żyć.