Dzieci trzymane były w nieludzkich warunkach tak długo, że zapomniały języka niemieckiego i posługiwały się własnym, opartym na dźwiękach i pojedynczych sylabach. Zamiast lalkami,
bawiły się polnymi myszami, których cała rodzina mieszkała z nimi w piwnicy. Przez wiele lat nikt nie interesował się ich losem, bo rozwiedziona z ich ojcem matka mówiła mężczyźnie, że
"albo są w szkole, albo u babci". Nauczycielom zaś wytłumaczyła, że po rozwodzie uczyć je będzie sama w domu.
Kobieta zasłoniła żaluzje, zabarykadowała drzwi i wykręciła wszystkie żarówki. Nie utrzymywała kontaktu z rodziną, a z domu wychodziła tylko po zakupy. Do szpitala dziewczynki trafiły
skrajnie wycieńczone, cierpiące na światłowstręt i z kompletnie białą skórą. Zostały uratowane, bo przed domem urosła sterta śmieci, a wściekli sąsiedzi wezwali policjantów. Ci
zatrzymali matkę.
Historia ujrzała światło dzienne dopiero teraz, choć pierwszy dziennikarz dowiedział się o sprawie w październiku 2005 roku. Odnalazł on dziewczynki w klinice psychiatrycznej, gdzie opiekował się nimi ich ojciec. Ale mężczyzna poprosił dziennikarza, obecnie pracującego w dzienniku "Österreich", o zachowanie tajemnicy do czasu powrotu dziewczynek do zdrowia.
Gdy informacja o losie dzieci dotarła do innych mediów, wszyscy zastanawiali się, jak to możliwe, że przez tyle lat nikt niczego nie zauważył. Odpowiedzialnością przerzucają się władze miejskie, pomoc społeczna, policja, rodzina i dyrekcja szkoły, do której dziewczynki kiedyś chodziły. Córki prawniczki wracają do zdrowia w szpitalu w Karyntii. Matkę czeka wyrok za "zadanie ciężkich ran i męczenie fizyczne osób nieletnich".