"Chcemy przekazać rządowi 10 tysięcy kopii programu MASTER oraz tysiąc komputerów z tym oprogramowaniem, gotowych do wykorzystania przez siły zbrojne. Oferujemy też szkolenia oraz pomoc techniczną" - napisał w liście do prezydenta George'a Busha prezes IBM Samuel Palmisano.
IBM twierdzi, że podarunek wynika jedynie z troski o kompetencje lingwistyczne wywiadu i armii. Nie od dziś wiadomo, że rządowi brakuje ludzi, którzy biegle władają arabskim i innymi językami Bliskiego Wschodu. Potwierdzają to zresztą pracownicy IBM, którzy przebywali w Iraku. Ich zdaniem żołnierze USA w wielu wypadkach mogliby uniknąć agresji ze strony Irakijczyków, gdyby byli w stanie wyjaśnić im swoje intencje. Niewiele lepiej jest także w dyplomacji; odwołany niedawno z Bagdadu ambasador Zalmay Khalizad arabski znał słabo i najchętniej mówił po angielsku.
Na razie nie wiadomo, czy Biały Dom będzie mógł przyjąć tak hojny prezent od prywatnej firmy, jednak gest prezesa IBM zwrócił uwagę opinii publicznej na to, że sześć lat od rozpoczęcia wojny z terroryzmem amerykańskie służby specjalne i wojsko nadal mają ogromne problemy ze zrozumieniem języka przeciwnika.
"Nasz wywiad na Bliskim Wschodzie jest kierowany przez anglojęzycznych biurokratów, którzy niewiele rozumieją z tamtejszej rzeczywistości, bo nie znając języka, nie mogą nawiązywać cennych kontaktów. Są więc całkowicie bezużyteczni" - mówi DZIENNIKOWI tłumacz języka arabskiego Dustin Langan, który w latach 2003-2004 pracował w Iraku. Langan uważa, że to "komunikacyjna przepaść" jest obecnie największą przeszkodą na drodze do rozbrojenia działających w Iraku bojówek i odbudowy kraju. Jednak jego zdaniem problemu nie da się rozwiązać nawet najnowocześniejszą technologią. "Nie potrzebujemy gadżetów, lecz tłumaczy z krwi i kości. To absolutna podstawa" - uważa Langan.
Problem w tym, że takiej kadry nie wyprodukuje dla Pentagonu żadna fabryka, nie ma jej także na amerykańskich uniwersytetach, gdzie wciąż naucza się klasycznego arabskiego, który w mowie potocznej ma niewielkie zastosowanie. A działający przy Pentagonie Instytut Językoznawstwa, który jest głównym ośrodkiem szkolenia językowego dla pracowników rządu i armii, jest poważnie niedofinansowany, co przekłada się na niski poziom nauczania.
Lingwiści alarmują, że rząd - jeśli poważnie myśli o wzmocnieniu kadry tłumaczy - powinien przede wszystkim postawić na osoby pochodzenia arabskiego. "Chodzi o werbunek osób dwujęzycznych, które wychowały się i wykształciły w USA, choć niekoniecznie się tu urodziły. Jest wśród nich wielu patriotów gotowych pracować dla naszego rządu" - mówi Langan.
Problem polega na tym, że rząd nie chce zatrudniać Arabów w służbach wywiadowczych. Dlatego wymogi bezpieczeństwa obejmujące rządowych tłumaczy wyśrubowano do granic absurdu. Wystarczy, że członek dalszej rodziny mieszka poza USA, a szanse kandydata na pracę dla rządu maleją niemal do zera.