Dwaj spośród zabitych to deputowani. Jeden z nich to najpewniej sunnita, drugi - Kurd. Posłowie są także wśród rannych.
"Słyszeliśmy głośny wybuch w restauracji. Poszliśmy zobaczyć, co się stało. Widzieliśmy dużo dymu wychodzącego z westybulu, w którym na podłodze w kałużach krwi leżeli
ludzie" - relacjonował jeden z parlamentarzystów. Inny ze świadków mówił, że wybuch był tak silny, że w oknach popękały szyby.
Terrorysta odpalił ładunek, gdy wielu deputowanych jadło w restauracji obiad. Nie wiadomo, jak zamachowcy wnieśli bombę do budynku. Parlament jest w specjalnie chronionej "zielonej
strefie" Bagdadu. By dostać się do restauracji, trzeba przejść przez wiele kontrolnych punktów, gdzie każdy jest dokładnie sprawdzany.
Dlatego iracka policja podejrzewa, że zamachowcem mógł być ochroniarz jednego z deputowanych. Wiadomo, że spośród wszystkich strzegących bezpieczeństwa parlamentarzystów trzech regularnie odmawiało poddania się kontroli przed wejściem do "zielonej strefy". Przesłuchany ma być także nowy menadżer restauracji, zatrudniony zaledwie miesiąc temu.
To sprawka terrorystów i tych, którzy chcą pozbawić iracki naród przyszłości opartej na demokracji i stabilności - powiedziała o ataku na iracki parlament szefowa amerykańskiej
dyplomacji, Condoleezza Rice. Amerykanie zamierzają sprowadzić do Bagdadu tysiące żołnierzy - po to, by zwiększyć bezpieczeństwo w stolicy, wstrząsanej co i rusz krwawymi zamachami.
"Będą dobre i złe dni" - zapowiedziała Rice, ale obiecała, że przywódcy zrobią, co mogą, by Irakijczycy czuli się bezpieczniej.