Agenci założyli firmę budowlaną, która tak naprawdę miała tylko skrytkę pocztową i pieczątkę. Bez problemu przekonali komisję, która zajmuje się wydawaniem pozwoleń na kupowanie materiałów promieniotwórczych, by zezwoliła im na sprowadzenie małych ilości szkodliwych substancji.
Gdy dostali już papiery, wystarczył skaner i drukarka, by "małe ilości" zamienić w wielki handel. I wtedy mogli już zamawiać, co tylko zechcieli.
Zamówili więc dwa przenośne czujniki gęstości pary wodnej, w których są promieniotwórcze substancje, potrzebne do zbudowania ładunku - małej brudnej bomby. Zanim jednak urządzenia do nich przyszły, agenci napisali raport do Kongresu. I rozpętała się burza.
Komisja przyznająca licencje, która dała się wpuścić w maliny, zaczęła się gęsto tłumaczyć. Wyjaśniała, że fikcyjnej firmie poszło tak łatwo, bo chciała sprowadzać tylko małe ilości substancji promieniotwórczych. Ale oni już wszystkie procedury poprawili.
Jednak amerykańscy parlamentarzyści domagają się głowy szefa komisji i ostrych zmian w przepisach.