W swoim środowym numerze tygodnik satyryczny "Le Canard Enchaine", znany z ujawnienia wielu afer, twierdzi, że szef państwa "osobiście" sprawuje nadzór nad śledzeniem przez policję dziennikarzy, którzy zajmują się niewygodnymi dla władz sprawami. Autor artykułu i redaktor naczelny pisma Claude Angeli napisał, że kiedy tylko jakiś dziennikarz jest na tropie afery niewygodnej dla prezydenta czy jego otoczenia, Sarkozy "nakazuje szefowi DCRI (francuskiego kontrwywiadu) Bernardowi Squarciniemi, aby "poddał go (żurnalistę) nadzorowi".

Reklama

Według gazety, cytującej anonimowe źródła w DCRI, z woli Pałacu Elizejskiego powołano nawet specjalną "grupę", złożoną z byłych pracowników służb wywiadowczych, "zdobywającą billingi telefonów stacjonarnych i komórkowych dziennikarzy, którzy są obiektem szpiegowania". Redakcja "Le Canard Enchaine" utrzymuje, że artykuł jest oparty na wiarygodnych źródłach i nie należy go uznawać za jeden z żartów, których nie brak na łamach tego satyrycznego pisma.

Pałac Elizejski nazwał oskarżenia "Le Canard Enchaine" "całkowicie niedorzecznymi", a Xavier Bertrand, sekretarz generalny prezydenckiej partii Unii na Rzecz Ruchu Ludowego (UMP) określił je jako "banialuki".

Zarzutom zaprzeczył też stanowczo szef MSW, Brice Hortefeux. W czwartek rano na antenie telewizji France 2 podkreślił, że "zadaniem DCRI nie jest szpiegowanie dziennikarzy, ale zatrzymywanie terrorystów". "W naszym kraju nie ma policji politycznej. (...) DCRI to nie jest Stasi czy KGB" - oświadczył Hortefeux.

Inaczej podchodzi do tej sprawy opozycja. Działacze Partii Socjalistycznej domagają się dochodzenia w sprawie zasadności tych zarzutów oraz przesłuchania szefa kontrwywiadu przez parlamentarną komisję. Jedna z deputowanych tej partii, Aurelie Filippetti, wezwała prezydenta Sarkozy'ego do pilnego złożenia wyjaśnień. Nazwała go przy tej okazji "duchowym synem Richarda Nixona", czyniąc aluzję do słynnej afery w USA - Watergate z lat 70., dotyczącej szpiegowania politycznych przeciwników.

Artykuł w "Le Canard Enchaine" jest kolejną publikacją na temat domniemanego szpiegowania mediów na polecenie prezydenta. W połowie września dziennik "Le Monde" zarzucił Pałacowi Elizejskiemu, że śledził jednego z dziennikarzy tej gazety, zajmującego się finansowo-polityczną aferą Woerth-Bettencourt, w którą zamieszany jest obecny minister pracy Eric Woerth. Konsekwencją tej sprawy było zwolnienie ze stanowiska "zdemaskowanego" przez służby wysokiego urzędnika w ministerstwie sprawiedliwości, który informował "Le Monde", zastrzegając sobie anonimowość.



Kontrwywiad ostatecznie przyznał, że śledził dziennikarza "Le Monde", choć zaprzeczył, by dostał takie polecenie z Pałacu Elizejskiego.

Jak przypominają media, w ostatnich tygodniach doszło do niewyjaśnionych do tej pory serii kradzieży w redakcji znanych tytułów prasowych. Włamano się do redakcji portalu informacyjnego Mediapart i skradziono stamtąd słynne już potajemne nagrania rozmów Liliane Bettencourt, które rozpętały całą głośną aferę wokół dziedziczki L'Oreal. Dwa tygodnie później skradziono z kolei komputery dziennikarzy tygodnika "Le Point" i "Le Monde", pracujących nad aferą Bettencourt.

Jak na razie, policja nie stwierdziła związku między tymi trzema kradzieżami.